Zaczęło się od telewizji śniadaniowej. Był 2011  rok, a za panoramicznym oknem studia telewizyjnego padał śnieg. W środku wystrój nawiązujący do białego szaleństwa. Na drewnianych nartach biegówkach, opartych o framugę okna zawieszone były góralskie kierpce. Wszystko dlatego, że kolejnym gościem w studiu było małżeństwo prowadzące w Zakopanem modne gospodarstwo agroturystyczne. Jednak prowadzący program skupiali się w tamtej chwili na Tomaszu K. 23-latek został zaproszony do studia jako najmłodszy milioner w Polsce.

K. pół roku wcześniej założył w Warszawie klinikę medycyny estetycznej „Aesthetic Beauty”. W stolicy pojawiły się billboardy z twarzami gwiazd z pierwszych stron kolorowych plotkarskich pisemek – aktorek serialowych, gwiazdek ścianek, które sławę zyskały w programach reality show, a które wtedy reklamowały i polecały klinikę Tomasza.

Jak to jest możliwe, że ty, młody chłopak, założyłeś klinikę chirurgii plastycznej? – pytała prowadząca program w telewizji śniadaniowej.

Klinikę medycyny estetycznej – poprawił ją Tomasz K.

Skąd wziąłeś na to wszystko pieniądze? – dociekała dziennikarka.

Gość westchnął i wypalił z nieoczekiwaną odpowiedzią:

Po prostu od młodości ciężko pracowałem. Zaczynałem

już w liceum od sprzedawania drożdżówek w szkolnym sklepiku, nie kupowałem sobie nowych rzeczy, oszczędzałem…

Pieniądz robi pieniądz, w co dziennikarze szczerze wierzyli. K. zresztą również. Nawet jeśli mówiąc to w studiu telewizyjnym, zdawał sobie sprawę, że w jego przypadku nie zawsze tak było. Grunt jednak to zaufać sobie. Tomasz K. nie porzucił tej wiary nawet wtedy, kiedy gwiazdy zaczęły się od niego odwracać.

Jedna z nich, aktorka znana między innymi z tego, że wiele lat spędziła na walce z nałogiem alkoholowym, od którego ostatecznie udało się jej uwolnić, nazwała Tomasza K. wprost oszustem.

Stało się to po tym, kiedy zobaczyła swoją twarz na jednym z billboardów w Warszawie, mimo że nie wyraziła zgody na publikację wizerunku. Co zresztą podkreślała później w wywiadach prasowych.

 

Nowy biznes

K. nie został już zaproszony do telewizji, kiedy pół roku po występie na antenie w paśmie śniadaniowym musiał ostatecznie zamknąć klinikę. Pojawiły się wtedy oskarżenia klientów i pacjentów, że żadna to klinika, raptem parę pokoi ze ścianami wyłożonymi tanimi białymi panelami wygłuszającymi z marketu budowlanego, parę foteli fryzjerskich i dwie zużyte lampy UV odkupione z niemieckiego solarium. W sieci zaczęły też krążyć komentarze, według których jedyną prawdziwą rzeczą w klinice Tomasza K. było biurko w kącie zaaranżowanym na recepcję, no i oczywiście konto bankowe. Wszystko to – z wyjątkiem konta – mieściło się natomiast w wynajętym mieszkaniu w bloku na warszawskim Mokotowie.

23-latek w medialnej ciszy zaczął jednak rozwijać swój nowy biznes. Z pomocą paru kolegów, z których dwóch wystąpiło w roli klasycznych słupów, założył firmy Freshtime Inc. i MPC Entertainment LLC. Pierwszą z nich zarejestrował na Wyspach Marshalla, a drugą na Seszelach. Koszt założenia obu przedsiębiorstw, czyli faktycznie wniesienia opłaty do rejestrów firm w rajach podatkowych, nie przekroczył 50 dolarów. Za pieniądze klientów korzystających z kliniki medycyny estetycznej wynajął w Żyrardowie (woj. mazowieckie) niewielki magazyn. W nim zaczął składować produkt, który zamawiał w jednej z podwarszawskich firm. Była to pasta do zębów Freshtime.

K. reklamował ją, zamawiając w dziennikach ogólnopolskich i regionalnych powierzchnie reklamowe za pośrednictwem firmy MPC Ent. LLC. Reklamy informowały klientów o cudownych właściwościach wybielającej pasty do zębów. K. nawet nie starał się o uzyskanie certyfikatów i zezwoleń, które umożliwiłyby obrót produktem w Polsce.

Dopiero po około dwóch latach od rozpoczęcia sprzedaży specyfiku, okazało się, że pasta zawierała zawyżoną, niebezpieczną zawartość chlorków.

Inna rzecz, że części pozwoleń K. nie potrzebował w ogóle, ponieważ dystrybucja pasty nie odbywała się w sklepach stacjonarnych. Można było ją kupić wyłącznie przez internet. Tutaj okazało się, że obrotny 23-latek trafił w dziesiątkę. Zamówień na cudownie wybielającą pastę do zębów było tyle, iż musiał zatrudnić na umowy śmieciowe kilku swoich znajomych ze studiów. W magazynie w Żyrardowie zajmowali się pakowaniem tubek pasty i przygotowaniem ich do wysyłki.

 

W tym samym czasie pojawiły się pierwsze zarzuty pod adresem biznesmena. Po fali zamówień firma otrzymywała zwroty pasty i żądania reklamacji. Na forach internetowych zaczęto odmieniać nazwisko K. przez wszystkie przypadki w komentarzach pełnych goryczy i rozczarowania. Kilku klientów oskarżyło firmę Freshtime Inc. o wprowadzanie do obrotu produktu potencjalnie niebezpiecznego.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze