Do redakcji zaczęły zgłaszać się osoby, które stosowały Vain Relief Complex i po przeczytaniu artykułu poczuły się oszukane. Okazało się, że już wtedy wielu klientów zgłosiło się w tej sprawie na policję. Wśród nich byli tacy, którzy czuli się oszukani, ponieważ stosowanie rzekomego panaceum najzwyczajniej nie dawało takich efektów, jakie były obiecywane w reklamach. Inni znowu czuli się naciągnięci przez firmę MPC Inc., bo po zgłoszeniu reklamacji telefonicznie otrzymywali od operatora gigantyczne rachunki za rozmowy.

Przy okazji wyszedł na jaw także inny wątek oszukańczego procederu. Osoby zatrudnione przez Tomasza K. do pakowania towarów przed wysyłką do klientów, dołączyli instrukcję, w której znajdował się numer infolinii reklamacyjnej, odsyłający rozmówcę do nieistniejącego biura firmy w… stanie Delaware w USA.

Sam autor artykułu, w którym opisana została między innymi sprawa fałszywego lekarza i badań kubańskiej kliniki, próbując skontaktować się z Tomaszem K., otrzymał od niego numer do posiadłości w Beverly Hills w Los Angeles. K. twierdził, że mieszka w Kalifornii od trzech miesięcy, stamtąd prowadzi swoje interesy, a rozmawiać może – z powodu różnicy czasowej – tylko późną nocą czasu polskiego.

Dziennikarskie śledztwo ujawniło jednak, że był to blef. Tak naprawdę K. wciąż przebywał w Polsce i łączył się z osobami, które ścigały go z powodu jego działalności, używając serwera proxy, za pomocą którego można wykonywać połączenia w ten sposób, że rozmówcy wydawało się, iż dzwoni za ocean.

 

Metropolitan Police się budzi

Skargi klientów trafiły do powiatowych komend policji w całym kraju i były zbiorczo kierowane przez komendy wojewódzkie między innymi w Katowicach, Olsztynie i Gdańsku do Prokuratury Rejonowej w Warszawie. Tam z kolei śledczy założyli sprawę dotyczącą oszustw, które łączyło nazwisko Tomasza K. W drodze pomocy prawnej Sąd Okręgowy w Warszawie wystąpił przez Prokuraturę Generalną do policji w Wielkiej Brytanii. W londyńskiej Metropolitan Police sprawy klientów poszkodowanych przez Tomasza K. prowadziło tak zwane Fraud Office, czyli specjalny wydział zajmujący się sprawami wyłudzeń konsumenckich. W marcu 2015 roku prokuratura w Warszawie wydała dwie decyzje dotyczące przedstawienia zarzutów obrotnemu Polakowi.

W sprawie Tomasza K. ze stosownym oświadczeniem wystąpiło również Polskie Stowarzyszenie Flebologiczne, ponieważ K. w reklamie Vain Relief Complex powołał się na autorytet tego właśnie zrzeszenia. Lekarze zdementowali wszystko, co rzekomo miało łączyć ich z firmą MPC i „cudownym” lekiem na żylaki.

Sprawiedliwość szybciej niż samego K. dotknęła jego kolegów, którzy – wcześniej skuszeni paroma tysiącami złotych szybkiego zarobku – zgodzili się firmować swoimi nazwiskami kolejne biznesy Tomka.

Policja zapukała do drzwi domniemanych – ale jak się okazało, tylko „papierowych” – prezesów firm i spółek zarejestrowanych na Seszelach, Wyspach Marshalla i Wyspach Bahama. Ci złożyli zeznania obciążające kolegę, po którym zaginął wszelki ślad.

Nikt nie wiedział, gdzie naprawdę przebywa Tomasz K.

Sąd Okręgowy w Warszawie na wniosek prokuratury wystawił list gończy za K. na terenie kraju. Okazało się to zbędne. K. w końcu sam stawił się na policji. Na komisariat przyjechała prokurator prowadząca śledztwo z zawiadomień klientów, którzy kupili najróżniejsze produkty sprzedawane pod szyldem marki MPC i Freshtime. Śledczy nie wystąpili o aresztowanie K. Został tylko zobowiązany do stawiania się na komisariacie policji 2 razy w tygodniu aż do czasu, gdy zakończy się śledztwo. Objęto go również zakazem opuszczania terytorium Polski. O wielkiej naiwności śledczych świadczy fakt, że zaledwie 2 dni po przesłuchaniu K. wyjechał z kraju.

 

Nieudane święta w Wiedniu

Uświadomiono sobie to dopiero wtedy, kiedy prokuratura postanowiła wezwać go do złożenia ponownych wyjaśnień. W lipcu 2015 roku ogłoszono za nim Europejski Nakaz Aresztowania. Dwa dni po decyzji sądu K. pokazał dosadnie, w jak wielkim poważaniu ma prokuraturę, która chciała doprowadzić do jego zatrzymania. Zamieścił na swoim profilu na Facebooku zdjęcie, na którym trzyma awizowane wezwanie do stawienia się w prokuraturze celem przesłuchania.

„Dzwoniłem do pani prokurator wielokrotnie i mówiłem, że z miłą chęcią przyjadę i opowiem o tym wszystkim, co ją ciekawi, a co chciałaby usłyszeć ode mnie” – brzmiał podpis pod zdjęciem uśmiechniętego promiennie K. „Ona jednak uparcie chce mnie aresztować. I miej tu, człowieku, dobre zamiary…”.

Tomasz K. cieszył się wolnością jeszcze przez pół roku. W tym czasie biznesmena szukali policjanci Centralnego Biura Śledczego z wydziału tak zwanych łowców cieni, specjalizujący się w tropieniu zbiegów i przestępców ukrywających się za granicami kraju. Poszukiwacze natrafili na trop „najmłodszego polskiego milionera” w Austrii. Ustalili, że matka Tomasza K. wybiera się na Boże Narodzenie 2016 roku do Wiednia.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]