W latach 60. i 70. XX wieku matki, jak mantrę powtarzały swoim pociechom: – Nie rozmawiaj z nieznajomymi, a już absolutnie nie wsiadaj do obcych samochodów.

Dzieci ze zrozumieniem potakiwały głowami, ale kiedy z ust matki padały kolejne słowa: – Nie podchodź do auta, nawet gdyby ktoś częstował cię słodyczami, to już nie mieściło im się w głowie. Jak to, odmówić cukierka? Zwłaszcza w czasach, kiedy słodycze były towarem luksusowym. Pokorne dziadki jednak słuchały matek, bo podsłuchując rozmowy dorosłych, nie raz słyszały o potwornych rzeczach, jakie robią dzieciom podróżujący czarną wołgą ludzie.

Tajemnicza czarna wołga miała mieć białe opony i białe firanki. Nie miała za to tablic rejestracyjnych. Prawdopodobnie podróżowali nią księżą, bogaci Żydzi i SB, a według innych źródeł również wampiry i sataniści. Chociaż podejrzenia co do tego, kto tak naprawdę kieruje autem były niejednoznaczne, to jedno było pewne. Czarna wołga jeździła ulicami tylko po zmroku, a jej kierowca porywał dzieci i upuszczał im krew… Dlaczego? Tutaj też istniało kilka wersji. Jedni twierdzili, że krew polskich dzieci to idealne lekarstwo dla bogatych Niemców umierających na białaczkę. Inni, że krew ta była niezbędna do odprawiania satanistycznych rytuałów. A co dalej działo się z porwanymi i „wypompowanymi” z krwi dziećmi? Tutaj też mnożyły się podejrzenia. Jedno brutalniejsze od drugiego, ale każde kończyło się śmiercią. Wydawać by się mogło, że czarna wołga była zwykłą plotką tzw. legendą miejską, ale czy na pewno?

 

Jak kamień w wodę

Kielce, 19 lipca 1956 roku. Barbara Sieśkiewicz wybrała się do koleżanki, mieszkającej w Baranówku (obecnie to dzielnica Kielc). Zabrała ze sobą 4-letnią córkę Mirkę, 8-letniego syna Marka i 11-letniego Janusza, syna sąsiadów. Dzieci tylko na chwilę weszły do domu, a potem wybiegły pobawić się na podwórku. Pół godziny później Barbara Sieśkiewicz wyszła przed dom i z przerażeniem stwierdziła, że nigdzie nie ma dzieci. Pomyślała, że może poszły do mieszkających niedaleko dziadków. Niestety nie był to dobry trop. Przez kilka następnych godzin rodzina i sąsiedzi szukali pociech. Bez sukcesu. Wieczorem o zaginięciu poinformowano milicję. Ustalono, że poprzedniego dnia w Baranówku kręcił się nieznany mężczyzna i zaczepiał dzieci, prosząc o zaniesienie listu do jakiegoś domu. Namierzono gościa. Okazało się, że był to poszukiwany złodziej, recydywista, który chciał skontaktować się z byłą kochanką uznając, że dziecko przekazujące kobiecie list nie wzbudzi podejrzeń zazdrosnego męża. Jednak mężczyzna ten nie miał nic wspólnego z zaginięciem dzieci.

W komitecie partii bardzo szczegółowo debatowano o tajemniczym zniknięciu dzieci. Zakładano, że musiało to być celowe działanie, zmierzające do wywołania niepokojów społecznych.

Hipotezę tę potwierdzały krążące po Kielcach plotki o mordercach i porywaczach. Mówiono o mordzie rytualnym dokonanym przez Żydów, którzy mieli zabijać chrześcijańskie dzieci, aby potem z ich krwi robić sobie macę na szabas.

Oczywiście, był to absurd. Mimo to władze traktowały tę plotkę poważnie. Do sprawy włączyli się funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, którzy mieli swoje metody na przesłuchiwanie świadków. Jeden z nich miał zeznać, że widział ciemny samochód w którym jechała trójka dzieci. Wersję o samochodzie potwierdziły dwie inne osoby. Był to zły trop, ale zanim się o tym przekonano ludzie z przerażeniem przyśpieszali kroku, za każdym razem, kiedy mijała ich czarna wołga…

Dwudziestego drugiego stycznia 1957 roku zaginął 15-letni Bohdan Piasecki syn polityka Bolesława Piaseckiego (ONR Falanga, Stowarzyszenie PAX). Podobno świadkowie widzieli, jak czarna wołga podjechała do wracającego ze szkoły chłopczyka, a następnie tajemniczy ludzie zaciągnęli go do samochodu. Według relacji innych świadków mężczyźni pokazali chłopcu jakiś dokument, po ujrzeniu którego nastolatek wsiadł do auta. Po chwili samochód odjechał. Drugą wersję potwierdzał idący z Bohdanem kolega ze szkolnej ławy. Chłopak zeznał, że na skrzyżowaniu ulic Naruszewicza i Wejnerta w Warszawie podeszło do nich dwóch mężczyzn. Wyciągnęli legitymacje milicyjne i patrząc na Bohdana zapytali: „Obywatel Piasecki?”. Chłopak miał przytaknąć. Potem we trzej udali się do zaparkowanej nieopodal taksówki. Auto ponoć odjechało w okolice dzisiejszej al. Solidarności.

Kolega Bogdana miał przeczucie, że stało się coś złego, dlatego natychmiast wrócił do szkoły, gdzie uczył się także młodszy syn Piaseckiego. Chłopcy szybko poszli do domu, aby zadzwonić do polityka. Kilka godzin później, porywacze skontaktowali się z ojcem nastolatka i żądali okupu. Niestety kontakt z nimi się urwał…

Kilka dni po porwaniu Bohdana Piaseckiego w centrum Krakowa przy ulicy Jagiellońskiej zaginął 3-letni Marek Ogonowski. Matka zostawiła dziecko w wózku przed salonem fryzjerskim, dosłownie na dwie minuty. Kiedy wyszła z lokalu synka już nie było. Po kilku godzinach odnaleziono pusty wózek w bramie przy ulicy Floriańskiej.

 

Makabryczne odkrycia

Gazety zaczęły łączyć wszystkie trzy głośne zaginięcia, sugerując działanie szajki. Ludzie snuli makabryczne scenariusze oczywiście z czarną wołgą w tle.

Na szczęście Mareczek Ogonowski, cały i zdrowy, odnalazł się po trzech dniach. Przyprowadziła go 16-letnia dziewczynka. Nastolatka twierdziła, że „znalazła” chłopca, chociaż milicjanci byli przekonani, że to ona porwała dziecko.

 

Historia zaginionych dzieci z Kielc wyjaśniła się 20 lutego 1957 roku na placu budowy domu rencisty. Woźnica dowożący piach na budowę, po raz trzeci tego dnia podjechał do wykopu, dwieście metrów od miejsca, gdzie ostatni raz widziano dzieci. Tutaj miał zawsze problem z opanowaniem konia, który wyjątkowo parskał i wyrywał się. Zaskoczony i zmęczony zachowaniem, zazwyczaj spokojnego konia, postanowił rozkopać skarpę, która tak źle działała na zwierzę. Po kilku ruchach łopatą natknął się na nóżkę dziecka… Na miejscu pojawiła się milicja i esbecy. Skarpę rozkopano i wydobyto z niej ciała trójki zaginionych dzieci.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze