Sekcja zwłok potwierdziła, że maluchy zginęły na skutek nieszczęśliwego wypadku (w drogach oddechowych miały dużo piasku, co wskazywało na uduszenie). Ustalono, że dzieci prawdopodobnie kopały tunel w zagłębieniu, tuż przy jednej ze ścian wyrobiska, kiedy skarpa zawaliła się, dusząc je żywcem.

Zadawano sobie pytanie czemu milicja nie natrafiła na ślad dzieci, tylko ich ciała zostały znalezione przypadkiem. Czy zbyt wiele uwagi nie poświęcono wersji, że maluchy zostały uprowadzone (przez co śledztwo szło złymi tropami).

Historia Bohdana Piaseckiego, podobnie jak kieleckich dzieci, także nie miała szczęśliwego finału.  Ciało nastolatka odnaleziono 8 grudnia 1958 roku. Przypadkiem odkryli je robotnicy w schronie przeciwlotniczym w piwnicach budynku przy al. Świerczewskiego w Warszawie (dzisiejszej alei Solidarności). Mężczyźni dokonywali przeglądu technicznego sanitariatów. Jedne z drzwi ubikacji były zabite. Postanowili je wywarzyć. W środku znaleźli ciało młodego, wysokiego chłopca z rozbitą czaszką i wbitym w serce sztyletem. Wokół nastolatka leżały zeszyty i książki. Wezwany na miejsce Bolesław Piasecki nie miał najmniejszej wątpliwości, że to jego syn.

Powstało wiele hipotez i teorii spiskowych wokół porwania i zamordowania syna Piaseckiego. Między innymi zakładano, że stali za tym agenci zachodnich wywiadów. Najczęściej jednak zakładano, że była to okrutna zemsta za antysemicką działalność Bolesława Piaseckiego.

Sprawa Bohdana Piaseckiego nie została wyjaśniona do dzisiaj i jest jedną z większych tajemnic PRL-u. Jedynie udało się zatrzymać (1 kwietnia 1958 roku) kierowcę taksówki, Ignacego Ekerlinga, (którą nastolatek miał jechać z porywaczami). Podobno podczas przesłuchania mówił: Bardziej niż was, boję się tych, którzy użyli mojej taksówki. Kiedy do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko taksówkarzowi, w wyniku interwencji najwyższych władz PRL-u, błyskawicznie go wycofano. Mężczyzna nigdy nie został ukarany. Zmarł w Warszawie w 1977 roku. W 1978 umorzono śledztwo w sprawie uprowadzenia i zabójstwa Bohdana Piaseckiego, a dziesięć dni później zmarł Bolesław Piasecki.

Siostry

Trzeciego kwietnia 1965 roku do jednego z mieszkań przy ulicy Grochowskiej w Warszawie zapukały dwie kobiety. Drzwi otworzyła pani Hencel. Odwiedzające podały się za dalekie krewne ze strony męża i poprosiły o nocleg. Kobieta nie słyszała nic o kuzynkach, ale nie mogła zweryfikować czy nieznajome mówią prawdę, bo męża akurat nie było w domu. Zaufała poczciwie wyglądającym damom i zaprosiła do środka. Rzekome kuzynki musiały zrobić na niej dobre wrażenie, bo po kilku godzinach poinformowała, że musi iść do pracy i poprosiła je o zaopiekowanie się 3-letnią córką Lilianną. Wiedziała, że propozycja nie jest zbyt śmiała, bo lada chwila miły wrócić do domu dwie starsze córki, które  zajmą się siostrą.

Kiedy Helena Hencel wróciła do domu, kuzynek już nie było. Niestety ślad zaginął także po najmłodszej córeczce Lilce. Informacja o porwaniu dziewczynki błyskawicznie rozeszła się po stolicy. Na milicję zaczęły szybko zgłaszać się osoby, które ponoć widziały Lilkę. Wśród nich była nastolatka, która zeznała, że wracając ze szkoły, widziała dziewczynkę w towarzystwie dwóch starszych kobiet. Ponoć wszystkie wsiadły do… czarnej wołgi na skrzyżowaniu Grochowskiej i Waszyngtona.

Praktycznie wszystkie media podawały informacje o porwaniu małej Lilki. W „Expresie Wieczornym” napisano:  „O uprowadzenie dziecka podejrzane są dwie kobiety, które w przeddzień widziane były w okolicy ul. Grochowskiej, a w dniu 3 kwietnia 1965 r. widziano je z dzieckiem około godziny 13 na rondzie przy al. Waszyngtona róg Grochowskiej wsiadające do samochodu Wołga koloru czarnego, który w to miejsce podwiózł mężczyznę w stalowym mundurze wojskowym… Prokuratura Powiatowa dla Dzielnicy Warszawa Praga Południe w Warszawie zwraca się z apelem do społeczeństwa, w tym również do kierowcy czarnej wołgi, o pomoc w zidentyfikowaniu kobiet opisanych w komunikacie”.

Nagłaśniana przez media sprawa nie pozostała bez echa. Na milicję zgłosili się ludzie, którzy deklarowali, że widzieli w Otwocku dwie kobiety, wnikliwie przyglądające się dzieciom. Jedna z nich miała być ubrana tak, jak podano to w komunikacie (miała na sobie białe futro). Po paru godzinach namierzono charakterystycznie ubraną kobietę – mieszkankę okolic.

Zatrzymana przyznała się do uprowadzenia Lilki. Pomagała jej siostra, Hanna Szlegiel – mieszkanka Wałbrzycha – która wraz z dziewczynką zdążyła już wyjechać do Łodzi, gdzie zatrzymały się u rodziców porywaczek. Okazało się, że kobieta porwała dziewczynkę, bo jej córka urodziła się niewidoma, a ona bardzo chciała mieć zdrowe dziecko.

Odnalezienie uprowadzonej Lilki było doskonałą okazją do podkreślania sukcesu milicji. Prasę obiegły zdjęcia szczęśliwej Heleny Hencel z córeczką. Dziękowano „społeczeństwu” za żywą reakcję, informując jednocześnie, że niestety nie udało się namierzyć kierowcy czarnej wołgi, ani numerów rejestracyjnych auta.

***

Kolejne zaginięcia dzieci zazwyczaj wiązano z nieszczęsną wołgą. Kiedy informowano o poszukiwaniu jakiegoś dziecka, do milicji natychmiast zgłaszali się ludzie, którzy absolutnie byli pewni, że w okolicy w której miało dojść do zdarzenia widzieli czarną wołgę. Nie była to informacja, która w znaczący sposób wpływała na śledztwo, ponieważ to auto było dość popularne w tamtych czasach. Poruszali się nim m.in. partyjni dygnitarze. Mimo to, nikt nie wyprowadzał społeczeństwa z błędu. Władzom widać było na rękę, że auto budziło taką grozę, a może i dzięki temu, rodzice bardziej pilnowali swoich pociech? Zresztą milicja bardzo nie lubiła, kiedy mówiło się, że grasuje szajka porywaczy dzieci, a mundurowi nie są w stanie temu zapobiec.

Tuż po porwaniu małego Marka Ogonowskiego pułkownik Stanisław Górecki z wydziału kryminalnego w Komendzie Głównej MO na łamach „Expresu Wieczornego” zapewniał, że takie zjawisko jak porwania dzieci w Polsce nie istnieje. Nie była to jednak prawda, ponieważ od 1950 do 1957 roku zniknęło około 200 dzieci. Większość została odnaleziona, nawet po kilku latach.

    

Anna Jagodzińska

 

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze