Pod koniec XIX wieku zastanawiano się, co zrobić, aby skutecznie zmniejszyć liczbę wypadków spowodowanych szaloną wręcz jazdą woźniców warszawskich. Okazało się to prostsze niż mogło się wydawać: po prostu policja zaczęła egzekwować obowiązujące przepisy.

Po swych poprzednikach – oberpolicmajstrach, którzy myśleli tylko o tym, żeby obłowić się w Warszawie – funkcję tę objął na lata 1888-1896 Nikołaj Klejgels, Niemiec z pochodzenia, co wiele tłumaczy, który zamiast o „porządek polityczny” zaczął razem z prezydentem Sokratesem Starynkiewiczem dbać o porządek w dosłownym sensie; także w ruchu ulicznym. Działał tak skutecznie, aż go car powołał do Petersburga, by w stolicy cesarstwa robił to z równym skutkiem.

Te pozytywne działania Klejgelsa dostrzegł natychmiast „korektor społeczny”, jak Bolesława Prusa określił Aleksander Świętochowski. Autor drukowanej właśnie na łamach „Kuriera Codziennego” „Lalki” zastanawiał się właśnie w jednej ze swych kronik pisanych ówcześnie dla tej gazety (1888 nr 187) nad problemem: czy na umoralnienie społeczeństwa wpływa bardziej rozwój oświaty, czy rygory policyjne. I taki znalazł argument na rzecz drugiego członu alternatywy: „Wtem – czytamy – około r.1888 do sprawy umoralnienia woźniców warszawskich zabiera się… policja… Zabrania jeździć „po kawalersku”, nakazuje trzymać się prawej strony i zwalniać bieg na rogach ulic. Furman, który by nie spełnił tych przepisów, idzie „do baka”, gorączka nieostrożnej jazdy spada o kilka stopni, jak po zażyciu salicylu i… liczba przejechań w ciągu półrocza zmniejsza się o połowę!”

Tendencja ta była w tym czasie bardzo widoczna. „Obostrzenie przepisów dotyczących jazdy po ulicach miasta i obostrzony nadzór policji w tym względzie przyczyniły się do zmniejszenia liczby przejechań” – pisała rok później jedna z gazet. Na dowód przytoczono liczby z pierwszego półrocza czterech lat: w 1886 roku było 158 najechań, za które powożący zostali pociągnięci do odpowiedzialności sądowej, rok później – 143, w 1888 roku – 105, a w roku następnym już tylko 84. Ilu ukarano administracyjnie, gazeta nie podała, bo takich przypadków w publikowanych statystykach nie odnotowywano.

Informacji o procesach na tle wypadków ulicznych w „epoce przedmotoryzacyjnej” w prasie jest niewiele.

Udało się ustalić, że np. w 1902 roku 434 osoby (5 procent ogółu aresztantów) odbywały karę aresztu policyjnego z wyroków sądów pokoju za tamowanie ruchu na ulicach.

Jeśli zaś chodzi o odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu w wyniku wypadków na drogach, to sprawy te – jako mniej poważne – rozpatrywały sądy policji prostej, a potem – po reformie sądowej w 1875 roku – sądy pokoju. Ich orzecznictwo ilustruje w jakimś stopniu wyrok opisany przez „Gazetę Sądową Warszawską” w roku 1902. Sąd pokoju skazał na areszt policyjny woźnicę, który przejechał chłopca. Ojciec poszkodowanego wystąpił z powództwem cywilnym o zwrot kosztów leczenia w ciągu 9 miesięcy i o odszkodowanie za znaczny uszczerbek na zdrowiu (połamane żebra) – w wysokości 252 rubli. Sędzia pokoju uznał jego roszczenia, ale wyrok został zmieniony przez Zjazd Sędziów Pokoju. Ponieważ rachunek lekarza opiewał na 27 rubli, druga instancja przyznała ojcu tylko tę kwotę.

 

Był to i tak znaczny postęp. W najstarszym wyroku z tego zakresu opisanym przez ów adwokacki periodyk, a wydanym przez Sąd Gminny w Wilanowie, w ogóle nie ma mowy o areszcie. Kolonista Gotlieb Gerber tak nieostrożnie skręcał wozem, że uderzył dyszlem kobietę, która upadła i wydobyto ją spod koni mocno poturbowaną. Oskarżenie wniósł mąż poszkodowanej; Gerber skazany został na zapłacenie 2 rubli do kasy gminy oraz 6 rubli tytułem odszkodowania dla przejechanej kobiety.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze