Sobotnie popołudnie nadkomisarz Nowaczyk spędził na uniwersytecie. Nie jako student (ach, przypomniało mu się 5 młodzieńczych lat spę­dzonych na wydziale prawa), ale jako wykładowca na zajęciach koła naukowego kryminalistyki.

Jego opie­kunem była szwagierka, dlatego nie mógł odmówić jej prośbie, by co pewien czas wpadał na spotkania ze studentami i poopowiadał im o kulisach policyjnego rzemiosła.

To miało być pierwsze z serii zaplanowanych spotkań.

– Wiesz, zależy mi na tym, by to nie były suche opo­wieści na podstawie literatu­ry – zachęcała go kilka dni wcześniej. – Nasza biblioteka pęka w szwach i każdy zain­teresowany tą tematyką na pewno znajdzie coś dla siebie. Mamy ambitne cele: doskona­lenie umiejętności ujawniania i zabezpieczania śladów, roz­szerzenie wiedzy kryminali­stycznej, uczestnictwo w róż­nego rodzaju konferencjach naukowych. To jednak wszystko teoria, zarówno mi, jak i studentom, brakuje kontaktów z praktykami zawodu. Wierz mi, niełatwo ich znaleźć. Rozmawiałam już z kilkoma twoimi kolega­mi po fachu, ale nikogo nie udało mi się namówić. Może mógłbyś wpaść co jakiś czas. Na wielkie honorarium nie ma co liczyć, ale zrewanżuję się niedzielnym obiadem.

– Tym ostatnim mnie przekonałaś. A że dobrze gotu­jesz, to umowa stoi – Nowaczyk zgodził się wystąpić jako wykładowca w szkole wyższej.

W tamto sobotnie popołudnie postanowił zrobić sprawdzian, chcąc przekonać się, czy studenci, być może kryli się wśród nich przyszli adepci wydzia­łów dochodzeniowo-śledczych, potrafią krytycznie i samodzielnie myśleć.

– Przypomina mi się sprawa pewnego zabój­stwa, z którym miałem do czynienia pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia – rozpoczął swe opowiadanie nadkomisarz. – Byłem wtedy o ponad dwadzieścia lat młodszy, dopiero co skończyłem szkołę oficerską w Szczytnie. Późnym wieczorem zostałem wezwany do domu państwa Romanowskich. Gospodarz był autorem książek kryminalnych, które sprzedawały się w sporych, jak na tamte czasy, nakładach. Drzwi otworzyła mi zapłakana wdowa. To ona kilkanaście minut wcześniej zawiadomiła nas o samobójstwie męża. Ekipa docho­dzeniowa zabrała się za swoją pracę. Przyjrzałem się denatowi. Zwłoki Marcela Romanowskiego opierały się górną połową ciała na blacie biurka. W okolicach skroni widoczna była strużka krwi, która po martwym ciele spływała na stół. Z poręczy biurka zwisał kabel z mikrofonem. Na dywanie leżały kartki papieru zapisa­ne jakimiś notatkami. Wróciłem do salonu, do siedzącej tam pani Romanowskiej, i poprosiłem, by opowiedziała o dramacie, który rozegrał się w ich mieszkaniu.

W tym momencie Nowaczyk sięgnął do notatek, sporządzonych wtedy podczas rozmowy, by odtworzyć każdy szczegół.

– Zjedliśmy kolację, mąż poszedł do gabinetu, aby nagrać na magnetofon kaseto­wy zarys swojej nowej powie­ści – opowiadała przed 20 laty Jadwiga Romanowska. – Ja w tym czasie siedzia­łam w pokoju i oglądałam wiadomości w programie pierwszym telewizji, a potem pogodę. To był taki codzienny rytuał. Byliśmy sami. Mamy dwójkę dorastających dzie­ci, które akurat poszły do kina. Słyszałam przez drzwi głos mojego męża mówiące­go do mikrofonu. Cały czas coś dyktował. W pewnym momencie padł strzał. Wbiegłam do gabinetu. Tego widoku nie zapomnę do końca życia. Marcel leżał przy biurku, obok nie­go pistolet, mikrofon wypadł mu z ręki i zwisał na kablu, niemal dotykając podłogi.

Nowaczyk odłożył sporządzone dawno temu notat­ki i z pamięci kontynuował opowieść.

– Przerwałem na chwilę tamtą rozmowę. Podszedłem do biurka denata, włączyłem magnetofon i rzeczywi­ście przekonałem się, że na taśmie nagrane są jakieś notatki. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Wróciłem do salonu i podjąłem decyzję o zatrzymaniu jego żony pod zarzutem zabójstwa męża.

– A teraz, drodzy państwo – nadkomisarz spojrzał przenikliwym wzrokiem – mam do was krótkie, acz zasadnicze pytanie: czy miałem ku temu podstawy?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze