Zakład mechaniki pojazdowej Zdzisława Sobolewskiego znał każdy szanujący się handlarz samochodów w P. I każdy kierowca, któremu nawaliło auto. Lepszego fachowca niż Sobolewski w okolicy nie było.

Starsze modele oceniał sam szef. Wystarczyło, że zajrzał pod maskę, posłuchał silnika i auto nie miało przed nim tajemnic. Do nowych modeli, z wysilonymi silniczkami, naszpikowanych elektroniką nie miał już takiego serca. Nadzór oddał w pacht Juniorowi.

Junior, czyli Krzysztof Sobolewski, miał odziedziczyć interes po ojcu. Skoro miał – powtarzał często – to odziedziczy, bez napinki. Zgrywał fachowca, ale cała jego wiedza zaczynała się (i kończyła) na podłączeniu auta do komputera. Resztę roboty zwalał na dwóch mechaników przychodzących do pracy na zmiany. Dawał im w kość, wymyślał od nierobów. Kiedy tylko ojca nie było w firmie, przesiadywał na piętrze warsztatu. Mówił wtedy, że robi księgowość. Pryskał się potem perfumami i żuł gumę miętową. Jakby to zabijało zapach whisky… Mechanicy wiedzieli swoje.

Telefon z warsztatu: „Sobolewski miał wypadek, przyjeżdżajcie natychmiast” postawił policję w P. na nogi. Dyżur pełnił komisarz Marek Ryński.

– Zbieramy się! – rzucił aspirantowi Cezaremu Dulębie.

– Cholera, co tam się stało? – Dulęba ruszył z piskiem opon.

  1. nie metropolia, ale dopiero po pół godzinie byli na miejscu. Okazało się, że faktycznie Sobolewski miał wypadek, ale młody – Krzysztof. Nieprzytomnego zabrało pogotowie. Stary, Zdzisław Sobolewski wyjechał.

Te informacje przekazał policjantom mechanik    Piotr Zagórny.

– Dzwoniłem na pogotowie i policję, jak tylko zobaczyłem Krzysztofa Sobolewskiego Leżał nieprzytomny z zakrwawioną głową. Obok podnośnika, przy schodach. Wokół walały się puszki po napojach, butelki i kontener.

– Widział pan jak doszło do wypadku?

– Nie. Spałem.

– Jak to, w pracy?

– No, w kanciapie obok. Szef, pan Zdzisław, pozwala, gdy wracam z po nocce w drugiej firmie, a tu zaczynam od godziny 14, na drugą zmianę. Na parę godzin nie opłaca się do domu jechać. Jak wszedłem do warsztatu, Junior, znaczy Krzysztof Sobolewski, kręcił się przy schodach. Zapytałem, czy pomóc w czymś. Odpowiedział, że się nie znam na niczym i sam da radę. Poszedłem się przekimać. A Sobolewski, pewnie znosząc jakieś graty, potknął się i zwalił ze schodów.

– Nic pan nie słyszał, nie widział nikogo?

– Nie. Obudził mnie dzwonek do bramy. Drugi mechanik pewnie wyjechał po części albo do klienta… Wyszedłem sprawdzić. Ktoś podjechał na przegląd. To wtedy zobaczyłem Sobolewskiego. Głowa we krwi. Aż się przeraziłem, ze nie żyje. Szkoda by było chłopa.

– Na pewno, ale wydaje mi się, że aż tak bardzo nie martwi się pan stanem poszkodowanego…

Przesłuchamy go, jak odzyska przytomność.

Czy komisarz Ryński podejrzewał, że mechanik pomógł Sobolewskiemu w wypadku? Na jakiej podstawie?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na następnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze