Prokurator Jan Zawrotny aż się wzdrygnął na wspomnienie zimy sprzed prawie 40 lat. To był mróz! Nie to, co dziś. Nie na darmo zima z przełomu 1978-79 przeszła do historii jako zima stulecia, choć w XX wieku równie mroźnych nie brakowało.

„Ale nie każda rozkłada system na łopatki” –przyznał Zawrotny. A ta rozłożyła – pogoda sparaliżowała cały kraj. Pociągi utknęły w zaspach, szyny pękały, ludzie marźli w domach, życie zamarło. Ale nie przestępcze…

Zawroty stawiał w tym czasie pierwsze kroki w prokuratorskim fachu. Młody, ambitny, przejmował się każdą czynnością. „Nadgorliwy trochę byłem” – oceniał siebie z perspektywy starego wygi. W przypadku zabójstwa w lasach pod S. na Mazurach w lutym 1979 roku skrupulatność „ścięła się” z rutyną.

Zima odpuściła wtedy na kilka dni. Mrozy zelżały, nawet odwilż przyszła. Drogowcy już bez pomocy wojska radzili sobie z odśnieżaniem dróg. Potem znowu temperatura spadła. Do roboty w lasach wrócili drwale, którym nawet solidny mróz w zrywce drewna nie przeszkadza. To właśnie jeden z nich zauważył samochód osobowy z kogutem taxi na leśnej drodze. „Może na skróty do wsi jadą i się pogubili” – podszedł sprawdzić.

– Ożeż ty! – wrzasnął, wołając resztę. Podbiegli z różnych stron do samochodu, zakręcili się wokół. Któryś przytomniejszy krzyknął, że wróci do bazy zawiadomić milicję, bo pogotowia chyba nie warto.

Milicja zawiadomiła prokuraturę. Koledzy prokuratorzy tak się uwijali, żeby wyjazd w teren przypadł „Młodemu”… Zawrotny pojechał bez gadania. Dotarł na miejsce, kiedy milicjanci prawie kończyli swoje czynności.

– Nie śpieszył się pan prokurator – rzucił na przywitanie porucznik Kuberski.

Zawroty udał, że nie słyszy zgryźliwości.

– Co wiadomo? – poprosił porucznika o raport.

W samochodzie, na który natknęli się robotnicy leśni, tkwiły zwłoki mężczyzny. Na głowie widoczne była rana (jak po uderzeniu tępym narzędziem) i ślady krwi. Nie żył zapewne od kilku dni, bo zwłoki były sztywne. Na siedzeniu obok, pod nogami kierowcy, na śniegu obok auta walały się różne przedmioty, w tym monety, kilka banknotów dolarowych i pięć marek niemieckich. Kluczyki nadal tkwiły w stacyjce.

– Zabity to Stanisław W., dobrze znany w S. taryfiarz. Dorabiał, handlując walutą. Niemiecki znał, z turystami z Reichu się dogadywał, po wsiach jeździł, marki od tutejszych gospodarzy skupował. Może oszukał któregoś? Pokłócili się, w łeb dostał… Samochodu mu nie zabrali, bo taryfa – Kuberski rozważał motyw zabójstwa. – Zbieramy się…

– Zaczekajcie – Zawrotny chciał samemu obejrzeć samochód i ślady wokół. Dostrzegł miejsce, w którym auto zjechało lekko z drogi. Na śniegu widoczne były ślady opon, przy aucie wgłębienie po bucie.

– Macie zabezpieczony ten ślad? – zapytał Kuberskiego.

– A po co? Robotnicy leśni się kręcili, zadeptali. Technicy sprawdzili auto w środku, zresztą już odjechali.

– To wezwijcie ich z powrotem – polecił Zawrotny. Czy mu się wydawało, czy usłyszał coś, jakby burknięcie: „nadgorliwiec p…ny”.

Sprawę pamiętał świetnie, bo mogła być ostatnią w karierze. Następnego dnia, 15 lutego 1979 roku pojechał na szkolenie do Warszawy. Wybuch gazu poderwał Rotundę PKO w powietrze o 12:37, ledwie kwadrans później, nim Zawrotny mijał skrzyżowanie Marszałkowskiej z Alejami…

Skrupulatność czy nadgorliwość? – czy Zawrotny miał rację, żądając wykonania odlewu śladów buta?

 Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze