Doliniarzem nazywano każdego kieszonkowca, także kradnącego z wewnętrznej kieszeni marynarki, gdy zaczęto nosić ten strój. Złodzieje mówili: „buchnąć zza parkanu” i było to też trudniejsze niż wyciągnięcie „tajstera” (portfela; inaczej „zecer” lub „skóra”) z „dupniaka” lub „spluwaczki”, jak złodzieje określali tylną kieszeń w spodniach.

Jeszcze trudniejsza była kradzież zegarków, na które ich właściciele zwracali uwagę szczególną. Gdy upowszechniły się, chyba dopiero w XX wieku zegarki naręczne – ich zdejmowanie było uznawane za szczyt złodziejskich umiejętności, majstersztyk. Zdarzali się i tacy mistrzowie, według świadectwa Sergiusza Piaseckiego, wywodzącego się ze złodziejskiego światka, którzy specjalizowali się właśnie w tej najtrudniejszej formie kradzieży. O jednym z nich pisał, że „bimbrów” (tak określano początkowo zegary ścienne, a potem wszystkie czasomierze) i „cebul”, tyle do „chary” naściągał, że mógłby sklep zegarmistrzowski założyć. Dodać warto, że na zegarek od najdawniejszych chyba czasów złodzieje mówili też „sikor” („sikora”).

To był szczyt złodziejskiej zręczności. Zaczynano ją ćwiczyć, i to już od XVIII wieku na wyciąganiu chustek z kieszeni. Były one wówczas dość cenne, wykonane z drogich materiałów i bogato haftowane – dobrze więc dawały się spieniężyć. „Kurier Warszawski” jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku niejednokrotnie pisał o ich kradzieży; w języku złodziejskim, nazywano je „filuchami”. Liczne anonse z kolei o zagubieniu chustki, bo i takie zamieszczano, świadczą jak były cenne dla właścicieli.

Z próby kradzieży chustki zawsze próbowano się wyłgać, jak ów niezdarny złodziejaszek, który badającemu go instygatorowi koronnemu, a więc ówczesnemu śledczemu, tak tłumaczył się w 1788 roku do protokołu: „Pierwszy raz zostaję w niniejszym areszcie w porozumieniu, jakobym na poczcie pewnemu Francuzowi miał do kieszeni sięgać i chustkę onemu wyciągnąć, czego by mi ten Francuz w żaden sposób nie dowiódł, ponieważ rzeczonej chustki onemu nie brałem, lecz ją znalazłem przy nogach Francuza i tę zaraz okazałem, pytając się czyja by była, a Francuz okrzyknął mnie, jakobym mu ją z kieszeni wyjął, a tak oddał mnie pod wartę (…)”.

Jak z tego widać, główna złodziejska zasada: „Nawet jak cię złapią za rękę, mów że to nie twoja” stosowana była od wieków.

Być może ów 29-letni złodziejaszek, podający się za pudernika, był zawodowym doliniarzem, któremu raz powinęła się noga, czy też może jednym z legionu „ludzi luźnych”, których kusiła pierwsza lepsza okazja, by coś „skorzystać, jak w tym czasie eufemistycznie określano przywłaszczenie cudzego mienia. Takimi przypadkowymi amatorami zawodowi złodzieje gardzili; obracali się wyłącznie w środowisku podobnych sobie profesjonalistów.

Owi właśnie przypadkowi nieszczęśnicy najczęściej wpadali w ręce ludzi marszałka wielkiego koronnego, który był powołany do pilnowania porządku i bezpieczeństwa w mieście. Z akt jego sądu przebadanych przez historyków wynika, że przeważająca ich część dotyczyła kradzieży właśnie. Rdzenni mieszkańcy Warszawy przewijali się w nich jak rodzynki w cieście, a kradzieży wskazujących na to, że dokonali ich zawodowcy – jest na lekarstwo.

 

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze