„Kodeks Karzący” z 1818 roku, który uchwalono po okresie wielkiego zamętu, gdy rozboje były ciągle częste, przewidywał za zabójstwo rozbójnicze karę śmierci (art. 125); podlegał tej karze także herszt bandy dokonującej rabunku połączonej ze zranieniem (art. 130).

W Warszawie stan bezpieczeństwa bardzo się wówczas poprawił, ale zawsze było połączone z ryzykiem zapuszczanie się w różne zaułki podejrzanych dzielnic i do parków.

W pierwszej połowie XIX wieku, jak wynika z ówczesnej prasy, zdarzały się w Warszawie i jej okolicach morderstwa rabunkowe popełnianie ze szczególnym okrucieństwem. Gazety wielokrotnie donosiły o zmiażdżeniu głowy kamieniem samotnie wędrującym osobom; motyw rabunkowy był niewątpliwy. Często narzędziem zbrodni bywała też pałka; pistoletów raczej bandyci unikali, bo znalezienie broni palnej w czasie ewentualnej rewizji traktowano jednoznacznie. Najbardziej bezsensowny mord rabunkowy odnotowano w 1832 roku. Łupem zbrodniarza padło 29 groszy (!); schwytano go wkrótce i natychmiast przyznał się do zabójstwa. Sąd orzekł karę śmierci przez powieszenie. „Skazanym jest bardzo przystojny mężczyzna” – dziwił się naiwnie dziennikarz „Kuriera Warszawskiego”.

W całym XIX wieku niebezpieczne bywały opustoszałe place, zaułki, niektóre dzielnice i wszystkie parki.

– Rzadko kto odważył się wejść tam w dzień, a cóż dopiero wieczorem czy w nocy, jest to od dawna siedziba łobuzów i wyrostków-doliniarzy – taką opinię o parku Aleksandryjskim na Pradze przekazał jeden z pisarzy w powieści opartej na realiach z życia. O przedmieściu wolskim, gdzie pełno było glinianek, a wąskie i błotniste uliczki wychodziły na pola z gęsto rozsianymi wiatrakami, inny autor, Henryk Nagiel, tak pisał w powieści środowiskowej pt. Tajemnice Nalewek: „W okolicach tych glinianek krążą najgorsi bandyci. Wieczorem przejść tu niepodobna. Mieszkańcy sąsiednich domków słyszą nieraz o późnej nocy jakieś dzikie okrzyki i charczenie, odgłosy walki i rozpaczliwe wołania”. Od Woli w stronę Wisły, za okopami, zaczynała się mająca złą sławę okolica zwana przez całe lata „gubernią orłowską”.

Miejsca niebezpieczne w pewnym okresie przestawały nimi być, gdy dzielnica zmieniała charakter. Wiktor Gomulicki wspominał, że w swej młodości znał człowieka pamiętającego czasy, gdy na Marywilu – tam gdzie dziś Teatr Wielki – rozciągało się pustkowie pełne dołów, na które nikt nie śmiał zapuścić się nocą w obawie, by go nie obdarto. Bolesław Prus, wysyłając Wokulskiego z Lalki samego na Powiśle, narażał bohatera swej powieści w najlepszym razie na obrabowanie, bo gdyby udał się tam późnym wieczorem, mogłoby to skończyć się dla niego jeszcze gorzej.

Niektóre zaułki Starego i Nowego Miasta były niebezpieczne nie tylko w czasach, o których wspominał Magier, ale i przez cały XIX wiek. Podobnie Mariensztadt i całe wiślane nadbrzeże, gdzie między składowanymi sągami drewna czaili się bandyci. Przez długi czas różne męty zbierały się w opustoszałych domostwach przy Tamce, a nawet w stojącym pustką pałacu Ostrogskich.

 

Od czasu do czasu, gdy rozchodziła się wieść o jakimś zuchwałym napadzie, gazety wołały o uaktywnienie się policji, proponowano też, by stworzyć społeczną samoobronę przed bandytami, skoro policja nie spełniała swego zadania. Felietonista „Tygodnika Ilustrowanego” pisał na początku XX wieku, że wieczorem „kto szedł z wizytą lub na preferansa, uzbrajał się w kij sękaty, duży klucz, pierścień żelazny”, zwany pospolicie szpadryną.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze