W Warszawie, Krakowie i Poznaniu, gdzie w swoim czasie energicznie zabrano się do wyłowienia starej generacji prostytutek – alarmowała w 1957 roku „Nowa Kultura” – przeciętny ich wiek obniżył się znacznie, a tendencja rozwojowa tego zjawiska bynajmniej nie zmalała.

Przyznano już teraz oficjalnie, że teoria „przeżytków” daleka była od rzeczywistości, skoro zarobki w naszym kraju, zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety, plasowały się na najniższym poziomie ze wszystkich krajów Europy. Lwia część prostytucji to wytwór już nowych stosunków – pisano w tym tygodniku, przytaczając wymowne dane w tym względzie. Na 310 zatrzymanych wówczas w stolicy  „pań swawolnych” – 40 zaczęło swoją uliczną karierę w latach 1945-1950, 118 – w przedziale czasowym 1951-1955, 70 w przeciągu ośmiu miesięcy 1956 roku i były one absolutnymi nowicjuszkami; tylko 81 pań „obsługiwało” jeszcze sanację. Jaka była wówczas liczba „cór Koryntu”, nikt dokładnie nie wiedział, bo notowano tylko te, które zatrzymała milicja z racji zakłócenia porządku, lub przy innych okazjach. W Warszawie w latach sześćdziesiątych notowano 7-9 tysięcy prostytutek, w siedemdziesiątych dwa razy tyle.

Dziennikarka „Życia Warszawy” rozmawiała pod koniec 1955 roku z wieloma młodocianymi „polonistkami”. Stwierdziła, że nie interesowała ich żadna praca, a eksploatować chciały tylko swoją urodę. Wyróżniała się wśród nich „piękna Iza”, mężatka, nieżyjąca z dobrze sytuowanym mężem, posiadająca córeczkę, wywodząca się z dobrej rodziny. I ją, i jej podobne, ciągnęło łatwe życie, atmosfera hotelu „Polonia”.

W mieszczącej się tam kawiarni, przesiadywały wówczas najbardziej reprezentacyjne prostytutki stolicy, dlatego  zwano je „polonistkami”.

Przyciągały je wystawne kolacje, no i duże pieniądze, pozwalające na późniejsze ustawienie się w życiu. Takie „ambicje” miało wiele „lokalówek”.

Wśród prostytutek właśnie w tych czasach zaczynały one górować w sposób widoczny. O ile w okresie powojennym „uliczne” – paradujące po Chmielnej, Hożej, Marszałkowskiej i w Alejach Jerozolimskich – stanowiły ponoć trzy czwarte, a „lokalówki” resztę, to w latach siedemdziesiątych sytuacja odwróciła się diametralnie i było akurat na odwrót.

„Uliczne” spacerowały po „Pigalaku”, „lokalówki” zaś okupowały śródmiejskie kawiarnie. Niektóre z nich były w ich władaniu przez długie lata, jak „Danusia” w Alejach Jerozolimskich „Pod Gwiazdami”, na Marszałkowskiej róg Hożej, „Roxana” w Alejach Jerozolimskich obok Domu Towarowego tzw. „Cedetu” i kawiarenka na antresoli w tymże domu towarowym, „Niespodzianka” na placu Konstytucji i jeszcze parę innych.

Odrębną kategorię wśród „lokalówek” stanowiły „dewizówki”, które polowały tylko na cudzoziemców, za nic mając swojskich „panów na delegacjach”, tradycyjnych klientów prostytutek ulicznych i lokalowych.

Ich polem działania stały się z kolei kawiarnie hotelowe kategorii „S”, zwłaszcza „Europejska”, „Grand” czy „Bristol”.

Dodać warto, że w tamtych czasach rzadko który lokal, nawet najbardziej ekskluzywny, był od nich wolny. Było to więc nawiązanie do odległej tradycji i świadectwo tego, że pewne punkty miasta szczególnie przyciągają prostytutki i ich klientów. Od czasu do czasu podejmowano doraźne akcje, by uwolnić od nich te punkty; panie przenosiły się wówczas w inne miejsca i do innych lokali – zawsze jednak trwały na posterunkach w pobliżu tych samych miejsc, które sobie szczególnie upodobały. „Polonia” przez całe lata stanowiła istne „targowisko miłości”, później jej rolę przejęła sąsiednia kawiarnia na antresoli w „Metropolu”, gdy nocne życie Warszawy stanęło pod znakiem „Arabusów”, których panienki nienadzwyczajnie lubiły, ale szanowały ich wypchane dewizami portfele.

 

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze