Napadom bandyckim sprzyjały ciemności panujące na ulicach Warszawy. Gdy późnym wieczorem listopadowym 1771 roku zbrojni ludzie porwali króla Stanisława Augusta na ulicy Miodowej, w miejscu tym panował absolutny mrok, rozświetlany tylko pochodniami lokajów i latarniami karety. Odtąd znaczniejsze ulice obficiej oświetlano, a już zwłaszcza Miodową.

Najwcześniej, bo już w 1716 roku oświetlony został ratusz, a dopiero w połowie lat pięćdziesiątych rozświetlone zostały bramy Nowomiejska i Krakowska; o latarnie dbali ustanowieni specjalnie w tym celu pachołcy. Wówczas to też – jak twierdzi F.M. Sobieszczański – „nakazano właścicielom pałaców, kamienic i dworków, ażeby przed bramami swoich posesji jedną, lub dwie latarnie w miarę obszerności domów zaprowadzili i nocną porą latarniami oświecali”.

„Co do bezpieczeństwa osobistego w Warszawie dla obcych i tutejszych – czytamy w innym miejscu tego nieocenionego źródła – ustanowieni byli nocni stróże miejscy po wszystkich ulicach i patrole konne.” Ten stan rzeczy trwał jednak krótko.

Stróżów nie opłacano, patrole zwinięto, „zniknęło tu wszelkie bezpieczeństwo publiczne, kradzieże codziennie pomnażają się, a i morderstwa już się zdarzają. Co to dalej z tego będzie, nie wiadomo” – troskał się jeden z cudzoziemców, który w owych latach odwiedził Warszawę.

Odpowiedź na to pytanie znaleźć można u innego autora. Antoni Magier, kronikarz ówczesnej Warszawy, wspominając te czasy, pisał:

Kto sam szedł w nocy przez ulice, trzymał goły pałasz przed sobą dla przecięcia stryczka, jeśli mu złodziej na szyję zadzierzgnął.

Spotykało to mieszkańców miasta w „przejściach wąskich i pokrętnych”. W tym samym okresie „Gazeta Warszawska” odnotowała wyrażenie ze złodziejskiego slangu: „zajął szumowiskiem po ligarach albo po makówce”; oznaczało to, według skazanego na śmierć kryminalisty: „uderzyć pałką po nogach lub głowie”. Metoda taka – jak z tego wynika – była widocznie często stosowana, bo nic tak jak język nie oddaje lepiej współczesnej sobie przestępczej „mody”. Unikano wówczas miejsc ustronnych, a podróżni przedsiębrali nadzwyczajne środki bezpieczeństwa.

Oświetlenie, a więc i bezpieczeństwo na ulicach, poprawiło się nieco w latach późniejszych, gdy – znów Sobieszczański: „nastali tu także latarnicy do najęcia, to jest chłopcy od komisarzy cyrkułowych numerami na latarkach opatrzeni, podejmujący się przechodzącym po ulicach świecić”. Poprawiło się jeszcze bardziej w roku 1816 na skutek „nowego sposobu oświetlania ulic latarniami czworograniastymi, zawieszanymi między dwoma słupami na sznurze w środku, a o 30, 40 do 50 kroków jedna od drugiej odległych”. Rozwieszono je najpierw na Krakowskim Przedmieściu, Senatorskiej i Miodowej, potem na dalszych ulicach; w sumie było ich 80.

Z początkiem września 1819 roku „zaczęto oświecać miasto nowymi latarniami, genewskimi zwanymi”; tych było 245.

Wtedy też „urządzono straż nocną z 30 patrolistów złożoną, których liczba w miarę potrzeby do 65 powiększona została, i wtenczas niektóre cyrkuły miały po 5 lub 6 patrolistów, którzy z halabardami i grzechotkami od zmroku do rana po cyrkułach chodzili”. W 1829 roku było już w mieście 588 latarń; niektóre tzw. rewerberowe wyposażono w lusterka.

Jak wynika z prasy, rozboje w tym czasie ustały, zręczni jednak nocni złodziejaszkowie tzw. lipkarze (od lipko – okno, lufcik) grasowali w najlepsze, podobnie jak „drzymcarze”, którzy nocną porą okradali mieszkania i sklepy.

 

Oświetlenie gazowe, zaprowadzone w latach pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, też miało znaczenie, tym bardziej że lamp gazowych było już dość sporo: na początku lat sześćdziesiątych blisko tysiąc, a pod koniec wieku prawie 7 tysięcy; na początku XX wieku zaczęły je wypierać lampy elektryczne. W samym mieście o grabieżczych rozbojach jakoś nie słyszano, ale na przedmieściach, a już zwłaszcza w dalszych okolicach podmiejskich strach było wieczorem wyjść z domu. Humoryści – głównie Franciszek Kostrzewski i Aleksander Kucharski – rysowali w pismach satyrycznych, a nawet tygodnikach kulturalnych, licznych drabów napadających na przechodniów i żądających haraczu; musiał więc być to poważny problem wcale nie do śmiechu.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze