Grypserzy „zrodzili się” w warszawskim więzieniu „Gęsiówce”, w latach 50. XX wieku. Grypsowaniem zajmowali się przede wszystkim złodzieje – dawna elita kryminału.

Ich „przodkami” byli „urkowie”. Tak nazywano tych, którzy swoją władzę zawdzięczali sile fizycznej i agresji. Nienawidzili strażników, okazywali im to na każdym kroku, stawiali się, a do tego posługiwali dziwnym, tylko sobie znanym językiem. Szybko wyparli ich „charakterniaki” (charakterniacy”) – którzy mieli mocne charaktery, honor i dotrzymywali słowa (w gwarze więziennej słowo „charakternie” oznaczało słowo honoru). Potem zastąpili ich „git ludzie”. Nazwa ta jest stosowana do dzisiaj. Przez krótki czas funkcjonowali także „apopracy”. Była to niewielka grupa, którą stanowiły osoby z wyższym wykształceniem. Najczęściej był to też ich pierwszy pobyt za kratami. Szydzono z nich, ponieważ nadużywali zwrotów typu: „a propos” czy „de facto”, ale też i szanowano, ponieważ pomagali tym mniej wykształconym, np. w pisaniu korespondencji urzędowej. Nazwa ta wyszła z użycia.

     Na początku lat 50. XX wieku w polskich więzieniach istniało wiele kategorii więźniów.

Przełomowym okresem dla subkultury więziennej był 1956 rok (amnestia więźniów politycznych), kiedy to rozluźniła się kontrola, a osadzeni uzyskali więcej swobody i praw. Dodatkowo mury zakładów opuścili więźniowie polityczni, którzy w pewnym sensie łagodzili obyczaje. Wtedy też nastąpił błyskawiczny rozwój subkultury grypsujących, w której przestrzeganie zasad było podstawą. Jedna z nich zakładała bezwzględne szanowanie hierarchii więziennej i stosowanie się do zasady, że ci najwyżej postawieni wydają polecenia, z którymi się nie dyskutuje.

Pierwotnym zamiarem grypsowania było m.in. sabotowanie zarządzeń administracji więziennej. O tym, że pracownicy służby więziennej nie byli lubiani, świadczy nadany im przydomek – gady.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze