Udało mu się to w pełni. Nacisnął spust pięć razy. Donna Lauria przyjęła na siebie jeden celny strzał, prosto w prawą szyjną aortę. Trysnęła fontanna krwi. Osiemnastolatka zmarła niemal natychmiast.

Jeden z pocisków trafił jej koleżankę w udo. Dziewczyna w wielkim szoku, zbryzgana krwią własną i umierającej Donny, zaczęła krzyczeć, wołać o pomoc, opierając się całym ciężarem sparaliżowanego bólem ciała na przycisku klaksonu.

Wtedy Dawid Berkowitz zaczął uciekać. Udało mu się uciec z miejsca dokonanej rzezi. Udało mu się uciec po raz pierwszy. Zwyczajnie dobiegł do swego Forda Galaxie, samochód bez trudu ruszył, morderca wtopił się w plątaninę ulic, dżunglę wielkiego, niebezpiecznego miasta.

 

Jak na polu bitwy

Już następnego dnia potwierdzenie „sukcesu” w prasie. Od tej chwili niczego bardziej nie oczekiwał niż publicznego uznania. W „The New York Times” cisza, za to popołudniówka „The New York Post” przyniosła na pierwszej stronie informację o śmierci Donny: „Dziewczyna z Bronxu zastrzelona w samochodzie!” – wołał wielki tytuł.

Nikt jeszcze nie wiedział, że jest to początek tragicznej serii, a wojna Dawida Berkowitza wydana młodym Nowojorczykom już wkrótce stanie się tematem światowych mediów.

Nie wiedział o tym również sprawca, choć wszystko wskazywało na to, że spróbuje „pójść za ciosem” i powtórzyć sukces. Najpierw wielka satysfakcja i radość z wypełnionego zadania. Cieszył się jak nastolatek, który trafił w dziesiątkę na strzelnicy i wygrał ogromnego pluszowego misia. To niewiarygodne, naprawdę zabiłem? Nie mogłem w to uwierzyć! – zwierzał się dwa lata później. – No bo przecież zrobiłem tak niewiele… Nacisnąłem na spust, rozleciała się szyba samochodu. Uciekając nawet nie wiedziałem, że trafiłem celnie.

Przez wiele kolejnych dni Dawid Berkowitz upajał się sukcesem i wprowadzał porządek do swego chorego systemu wartości. Po pierwsze – dokonując egzekucji nieznanej dziewczyny wypełnił zlecenie Sama. „Po wykonaniu takiego zadania można się czuć tylko wspaniale. Wreszcie Sam otrzymał całą fontannę przelanej krwi. A ja byłem tym, który przyjął i wykonał jego rozkaz” – tłumaczył Berkowitz, gdy jego rzekomy obłęd przestał już być tajemnicą.

Morderca stał się więc żołnierzem. Uwierzył, że jest na froncie. Wiara ta poprawiła mu samopoczucie; dokonując przelewu niewinnej krwi nie czynił tego z odrażających egoistycznych pobudek.

Nie działał sam. Niby w jakiejś niewidzialnej armii, tkwił w całym systemie władzy, władzy sprawowanej przez Sama. Wykonywał rozkazy demonów, działających jak psy wojny na każde skinięcie palca Sama, władającego przecież światem już od tylu tysięcy lat.

Dawid wszedł w rolę żołnierza lekko, bez trudu i bez większych rozterek moralnych, bo musiał  jakoś usprawiedliwić tchórzliwy akt ucieczki, poprzedzony rozstrzeliwaniem niewinnych, przypadkowo wybranych dziewczyn.

Miał za sobą doświadczenie żołnierza U.S. Army, a przecież w armii uczą, jak zabijać bez wyrzutów sumienia.

Żołnierz nigdy nie płacze – tłumaczył Dawid, gdy wreszcie musiał publicznie wyjaśniać motyw swych zbrodni. – Człowiek staje się nieczuły na rany, ból, krew, na śmierć. Dlatego demony tak łatwo wyczuły moją przydatność. Przecież byłem zawodowym żołnierzem. Taki zawodowiec nigdy nie strzela po to, by potem stanąć nad zwłokami i zapłakać. Żołnierz po prostu zabija wroga i szuka kolejnego celu. Jako żołnierz wypatrywałem celu, czyli ludzi do odstrzelenia. Gdy wypełniłem zadanie, nie mogłem się rozklejać. Musiałem być silny, musiałem walczyć o przetrwanie. To tak, jak na polu bitwy…

 

Rządzi przypadek

W początkowym etapie tej bitwy, na celowniku rewolweru Dawida pojawił się przypadkiem niedoszły żołnierz. Carl Denaro, lat 21, w połowie października 1976 roku żegnał się z kolegami i życiem cywila. Już wkrótce miały go wchłonąć formacje lotnicze  Air Force, lecz chłopak optymistycznie patrzył w przyszłość. Mundur znaczył dlań długo oczekiwaną stabilizację, wyzbycie się codziennych kłopotów, a być może również karierę na długie lata. Carl miał za sobą szalone lato spędzone na plażach Long Island, akurat tam, gdzie na krótko przed tymi wydarzeniami kręcono słynny film „Szczęki” o rekinie-ludojadzie. Przystojny i dobrze zbudowany zwracał na siebie uwagę dziewczyn. Spośród nich najbardziej zapamiętał ciemnowłosą Rosemary Keenan, osiemnastoletnią córkę nowojorskiego detektywa.

Kilka dni przed wyjazdem do koszar wszystkie te wątki zbiegły się w tragiczny finał z udziałem Dawida Berkowitza. Jeszcze jeden z wielu dowodów na to, że życiem  rządzi przypadek.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze