Berkowitz zeznawał chętnie już po ujęciu: – Jechałem za nimi, śledziłem ich. Zatrzymali samochód, a wtedy nie udało się uniknąć następstwa zdarzeń. Skorzystałem z pierwszej nadarzającej się okazji i zaparkowałem samochód w bezpośredniej odległości od ich Volkswagena. Na palcach, po cichu podszedłem od tyłu. Wyciągnąłem zza paska mojego 44. i pięć razy nacisnąłem na spust. Rozpadła się tylna szyba. Przez chwilę patrzyłem na rezultaty. Dopiero wtedy zauważyłem, że zabiłem, albo ciężko zraniłem, nie kobietę tylko mężczyznę.

Carl Denaro nigdy nie zdołał dotrzeć do bazy sił powietrznych U.S. Air Force. Otrzymał postrzał w tył głowy. Rosemary wyszła z zamachu bez najmniejszych obrażeń. Carl leczył się przez kilka miesięcy w Queens General Hospital, gdzie lekarze pokryli metalową płytką zniszczone fragmenty czaszki. Już nie mógł zostać żołnierzem. Zaczął zarabiać na życie jako robotnik budowlany. Ich drogi z Rosemary Keenan, córką nowojorskiego detektywa, rozeszły się niemal natychmiast po tragedii.

23 października 1976 roku nowojorskie popołudniówki przyniosły wiadomość o strzelaninie w rejonie 33. alei w Queens. Dawid Berkowitz czytał bez satysfakcji, że kobieta wyszła cało spod celownika jego rewolweru, a ucierpiał mężczyzna. Przypadkowy mężczyzna, który odprowadzał tę kobietę do domu.

Przysiągł sobie, że już nigdy nie powtórzy tego błędu. Przecież Sam, ten odwieczny władca, żąda wyłącznie krwi młodych kobiet.

 

Dzieciństwo bardziej niż trudne

Był nikim, a został kimś mordując kobiety – napisał o Dawidzie Berkowitzu Pete Hamill, felietonista nowojorskiego dziennika „The Daily News”. Natomiast Robert K. Ressler, agent FBI, który zbudował swą karierę na ściganiu seryjnych morderców, tłumaczy ich wspólny rodowód, traumatycznymi wydarzeniami w dzieciństwie. Ekspert ten przyznaje jednak, że wiele dzieci przeżywa szokujące i makabryczne zdarzenia, a jednak tylko niektóre z nich wyrastają na skrajnych psychopatów, a tym bardziej na seryjnych morderców.

Gdzie zatem jest prawda? Czy życie Dawida, który mógł zostać „nikim”, czyli przeciętnym przyzwoitym człowiekiem, a zyskał światową sławę z powodu swych morderczych wyczynów, stanowi potwierdzenie teorii agenta Resslera?

Fakty są okrutne. Seryjny morderca znany początkowo jako Kaliber 44, a potem jako  Syn Sama, rzeczywiście miał dzieciństwo bardziej niż trudne. Przyszłość Dawida stała pod znakiem zapytania już na długo zanim przyszedł na świat. Jego matka, Betty Broder, z żydowskiej rodziny o polskich i austriackich korzeniach, w swym dorosłym życiu nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. W wieku dziewiętnastu lat wyszła za mąż za Tony’ego Falco, rówieśnika włoskiego pochodzenia, który porzucił ją w szóstym roku małżeństwa, tuż po urodzeniu pierwszego dziecka. Oprócz córeczki, dorobili się również sklepu rybnego w Brooklynie, lecz Tony miał dość monotonnej pracy od rana do nocy i szybko znalazł inną, bardziej atrakcyjną kobietę.

Betty została sama, straciła sklep, i przez osiem lat z trudem zarabiała na życie, aż wreszcie spotkała podporę w osobie Josepha Kleinmana, człowieka swej wiary i energicznego handlarza nieruchomości. Wybuchła miłość, lecz Joseph, przystojny, średniego wzrostu i z rudym wąsikiem, miał już kilkoro dzieci oraz żonę, która nie chciała nawet słyszeć o rozwodzie. Kochał jednak tylko Betty, bo była piękna i cenił w niej tę typowo żydowską wiarę w siłę więzów rodzinnych i chęć do posiadania dzieci. Wychwalał to zawsze na głos, ze łzami w oczach, jakby w ekstazie.

 

Jednak gdy Betty oznamiła, że jest w ciąży i należałoby zachować się po męsku, Joseph niespodziewanie zmienił front i wykazał dziwnie zimną krew. Co ty mówisz? – zdziwił się, jakby nie dowierzając. – Czy to może ja jestem w ciąży? Czy to jest mój problem? To przecież będzie twoje dziecko, a nie moje!

W ten sposób biologiczny ojciec określił los Dawida na siedem miesięcy przed jego urodzeniem.

Chłopiec przyszedł na świat w szpitalu w Brooklynie, 1 czerwca 1953, jako Richard David Falco. Betty dała mu nazwisko męża, który nigdy się z nią formalnie nie rozwiódł. Nie miała innego wyjścia, jak zdecydować o oddaniu dziecka obcym ludziom.

Znaleźli się chętni, według jej słów „dobre żydowskie małżeństwo, kochające dzieci, a niemogące mieć własnych”. Betty była jednak w szoku, gdy w umówiony dzień pojawił się jakiś obcy człowiek i odebrał jej synka. Nie mogłam uwierzyć w to co się stało – powiedziała reporterowi po latach. – Jednak tak się musiało stać, dla dobra dzieci Josepha. Natychmiast wybiegłam ze szpitala i poszłam pieszo do domu, kilka mil. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, opadłam z sił. Z ogromnym trudem próbowałam wejść po schodach prowadzących do mieszkania. Dostałam krwotoku i znów musieli zabrać mnie do szpitala.

 

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze