W dokumencie napisano: „Przedramię zranione pojedynczym pociskiem, który natrafiając na kość rozbił się na dwa fragmenty, a następnie wyszedł z ciała pozostawiając dwie mniejsze rany”.

Detektyw nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że już widział podobne rany. Diane Downs została zraniona dokładnie w tym samym miejscu, co przestępcy próbujący upozorować atak w wykonaniu nieistniejącego, wymyślonego napastnika. Poprzez oddanie strzału w lewą rękę z broni trzymanej w swej własnej prawej ręce…

Detektyw Tracy słuchał więc z rosnąca uwagą, gdy Diane Downs zeznawała o posiadanej przez siebie broni. Jako niedawny przybysz do Oregonu ze stanu Arizona, nie mogła się pozbyć nawyku trzymania broni palnej niemal zawsze w zasięgu ręki, toteż posiadała pistolet kalibru 38 oraz strzelbę kalibru 22. Miało to zapewnić bezpieczeństwo własne i dzieci. Niestety, nie zapewniło.

Już wkrótce po tym przesłuchaniu detektyw Tracy otrzymał relację z odwiedzin Diane Downs przy łóżku pozostałej przy życiu córeczki. Piątego dnia po tragedii Christie po raz pierwszy otworzyła oczy. Lekarze doszli więc do wniosku, że zapewne potrzebuje matki. Do spotkania doszło na oddziale intensywnej terapii w obecności kilku osób, które były wstrząśnięte kilkoma wyraźnie rzucającymi się w oczy szczegółami. Matka dotknęła rączki dziecka i wyszeptała poprzez zaciśnięte zęby, zimnym jak lód tonem głosu:

 

– Kochanie moje.

Żadnej łzy ani innych objawów wzruszenia. Jeden z policjantów obserwujących tą scenę zwrócił uwagę na strach w oczach dziewczynki, pozostawiający ślad na monitorze mierzącym akcję serca.

– Puls Christie wynosił z początku 104 uderzenia, lecz gdy matka pochyliła się nad nią, podskoczył do 147 – zeznał później.

Wszystkie te drobne, na razie, podejrzenia i poszlaki nie zwolniły policji z intensywnych poszukiwań bandyty, opisywanego w mediach stanu Oregon, jako „kudłata bestia”. Szukano również narzędzia przestępstwa, a więc strzelby lub pistoletu kalibru 22, nie tylko w krzakach i na polach uprawnych w najbliższym rejonie tragedii, lecz również z pomocą płetwonurków, w wodach Mohawk River. A ponieważ nie natrafiono ani na bandytę, ani na użytą przez niego broń, policja postanowiła szukać kogoś innego, w zupełnie innym miejscu. Choć brzmiało to nieprawdopodobnie, w kręgu podejrzeń znalazła się matka zmarłej Cheryl oraz jej rodzeństwa.

Podczas rewizji w segmencie wynajmowanym przez Diane Downs dokonano kilku odkryć wzbogacających garść dotychczasowych podejrzeń. Mieszkanie sprawiało wrażenie bardzo zaniedbanej, tymczasowej przystani, nie zaś miejsca pobytu matki z trojgiem małych dzieci. Zaledwie kilka sztuk umeblowania, jakieś materace rozrzucone na podłodze, niemal pusta lodówka. W szafie schowana była strzelba kalibru 22 oraz pudełko amunicji identycznej z pociskami wydobytymi z ciał dzieci. Na komodzie stała jedyna w tym pomieszczeniu oprawiona fotografia młodego brodatego mężczyzny. Był to mieszkaniec małego miasteczka w stanie Arizona, znany już śledczym z tak prostego powodu, że to właśnie do niego wielokrotnie telefonowała Diane jeszcze w noc tragedii, na długo przed telefonem do byłego męża, ojca Cheryl i Christie. Obok leżał gęsto zapisany prywatny dziennik, na którego stronicach Diane Downs prowadziła niemal niekończący się dialog z jedynym mężczyzną jej życia.

 

Podły męski świat

Nawet jej własny ojciec stanowił istotną część brutalnego męskiego świata, w którym Diane Downs nabierała odporności na okrucieństwo i znieczulała swe sumienie. Dokładne przestudiowanie wydarzeń oraz ludzi związanych z nią w latach poprzedzających tragedię w Oregonie, stało się zadaniem policji, psychiatrów, reporterów, pisarki i twórców filmu. Diane nie poddała się do końca i zawsze rezerwowała sobie prawo do zaskakiwania rzekomych ekspertów w temacie jej osobowości. Czyni to nadal, jeszcze do dziś, a więc niemal w trzydzieści lat od tamtych wydarzeń, potrafi zadziwić opinię publiczną niespodziewanym pokazaniem się w telewizji i wygłaszaniem swych prawd z szyderczym uśmiechem na twarzy. Aż wierzyć się nie chce, bo kiedyś była miłym dzieckiem, niewinną dziewczynką, a potem niepewną siebie, cichą nastolatką, zdradzającą w szkole zapał do nauki i pisania ciekawych wypracowań.

Elizabeth Diane przyszła na świat 7 sierpnia 1955 roku w Phoenix w stanie Arizona, w rodzinie naczelnika poczty Wesa Fredericksona oraz Willadene, zajmującej się domem i wychowaniem dwojga dzieci. Dość szybko odrzuciła z praktycznego użycia pierwsze imię, jako zbyt długie i pretensjonalne. Był to pierwszy z wielu przykładów jej szybkich, przeważnie pochopnych decyzji, świadczących o nadpobudliwości połączonej z nadmierną wyobraźnią. Dający później o sobie znać brak równowagi psychicznej wywodził się z lat dzieciństwa i okresu dojrzewania. Wychowała się w domu pozbawionym ciepła rodzinnego. Jej rodzice pobrali się jeszcze w szkole średniej; zaskoczeni pojawieniem się dzieci nie umieli otoczyć ich uczuciem. Nie bez wpływu na takie traktowanie dzieci, były kultywowane w rodzinie surowe tradycje baptystowskie. Starszy brat Tom nie odczuł tego aż tak mocno jak Diane. Ona w szkole była wyobcowaną dziewczynką, traktowana przez otoczenie jako nieładnie i niemodnie ubrane „brzydkie kaczątko”.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze