– W krótkim czasie i tak cię jasny piorun strzeli prosto w serce.

Wyszła z domu i nie wróciła

We wtorek, 17 maja 1927 roku, gospodyni Wiktoria Wilkoszowa, u której Zosia wynajmowała pokój, zaniepokoiła się jej nieobecnością. Zosia wyszła z domu po południu w niedzielę i do tej pory nie wróciła. Wilkoszowa zgłosiła ten fakt w gminie. Kiedy o zaginięciu córki dowiedziała się jej matka, udała się razem z zięciem Marcinem Herjanem do Dłubni.

 

– Gdzie jest moja córka? – dopytywała Macieja.

– Była w niedzielę. Przyszła o godzinie 14, wyszła o 19. Miała iść do Krakowa – odpowiedział ze spokojem szewc.

Frontczakowa ani przez sekundę nie wierzyła w jego słowa. Po tej wizycie udała się do prokuratury, aby podzielić się swoimi podejrzeniami. Jej zdaniem Zosia zginęła z rąk Macieja Palucha.

Znaleziono osoby, które widziały kobietę idącą 15 maja do domu w Dłubni. Faktycznie było około godziny 14, ale nikt nie widział jej wracającej do Krakowa! Zresztą sąsiedzi niechętnie rozmawiali na ten temat, znali porywczy charakter Macieja i nie chcieli mieć w nim wroga.

20 maja policjanci pojechali przepytać Palucha. Przy okazji przeprowadzili oględziny wnętrza domu. W izbie, na komodzie, na wewnętrznej stronie drzwi, na piecu, wewnątrz i zewnątrz świeżo wymytej skrzyni i na podłodze znaleziono świeże ślady krwi. Niektóre z nich były rozpryskane, inne rozmazane, a te na podłodze przysypane popiołem. Obok pieca leżała siekiera z dokładnie wymytym styliskiem. W skrzyni znaleziono świeżo wypraną, jeszcze mokrą koszulę szewca, a na sznurze schły spodnie, które na kieszeni miały widoczne ślady krwi. Krew była także w sieni i w stajni. Część plam wyglądała tak, jakby ktoś starał się je wytrzeć…

Pytanie gdzie jest Zosia, wydawało się przynosić makabryczną odpowiedź… Mimo iż Paluch nadal zapierał się, że nie wie, gdzie jest żona, wszystko świadczyło przeciwko niemu. Ślady krwi to jedno, ale pojawiły się także obciążające go zeznania. Jego szwagier powiedział, że przyjechał do Dłubni 16 maja. Zastał Macieja szorującego skrzynię, na sznurze suszyły się ubrania, a w izbie panował ład. Był to szokujący widok, bo Paluch słynął z niechlujstwa, a od kiedy mieszkał sam, podłogę izby pokrywał gnój (mieszkały z nim dwie kozy), a miotła była mu obca.

Sędzia zadecydował o tymczasowym aresztowaniu Palucha. Maciej jeszcze raz powiedział to, co wyznał matce Zosi. Dodał tylko, że nie wypłacił żonie obiecanych pieniędzy, bo nie otrzymał ich od Pawła Sojki. Jego zdaniem Zośka zniknęła za sprawą któregoś z jej kochanków. Zapytany o to, w co był ubrany 15 maja, zmieniał zdanie. Stanowczo zaprzeczał, aby znalezione w jego domu ślady krwi były ludzkie.

Nigdzie też nie udało się znaleźć ciała Paluchowej. Przeszukano całe obejście, ale nic nie znaleziono. Dopiero aresztowanie szewca rozwiązało języki ludziom. Jedna z sąsiadek zeznała: – Dnia 17 maja 1927 roku, to jest we wtorek, wstałam wcześniej, gdyż miałam iść do Krakowa. Godzina mogła być trzecia albo po trzeciej rano. Wychodząc z domu, widziałam Palucha jadącego drogą do Dłubni. Droga ta prowadzi do Zesławic i fortu. Paluch wracał właśnie od strony Zesławic. Zdziwiło mnie to, że Paluch jechał jednym koniem, a nie parą, bo gdyby robił w polu, toby jechał parą. Widziałam, że na wozie miał trochę słomy, w której siedział…

Tę wersję potwierdził inny sąsiad. Wszystko wskazywało na to, że Paluch zabił żonę i gdzieś ukrył jej ciało. Tymczasem mężczyzna zaprzeczał:

– Nie zabiłem jej i nigdzie w nocy nie wyjeżdżałem.

Policja postanowiła jednak zbadać korytarz rzeczki Dłubni, odległej od gospodarstwa Palucha zaledwie o około 800 kroków. Już w pierwszym dniu poszukiwań dokonano makabrycznego odkrycia. Z wody wyłowiono kawałek kobiecej piersi. Następnego dnia w tym samym miejscu znaleziono śledzionę, jelita i żołądek zawierający kawałek strawionego ziemniaka. Trzeciego dnia, tym razem nad brzegiem rzeki, ujawniono ludzkie płuca pokrojone na kawałki i przykryte ziemią. Następnie wyłowiono prawy pośladek i prawe udo, prawy bark i prawe ramię, podudzie prawe i lewe ze stopami, bark i lewe ramię. W tym czasie jeden z mieszkańców Dłubni znalazł lewe udo z lewym pośladkiem i narządami rodnymi, inny część powłok brzusznych z widocznym pępkiem i bliznami poporodowymi.

W makabrycznych puzzlach brakowało głowy z szyją, klatki piersiowej z sercem, wątroby, nerek oraz obu przedramion i rąk. Badania mikroskopowe płuc wykazały obecność tzw. zatorów tłuszczowych. Wskazywało to na gwałtowną przyczynę śmierci. Jako że na znalezionych częściach ciała nie znaleziono obrażeń mogących spowodować takie zajście, domyślano się, że ciosy zadano w głowę.

Wszystko wskazywało na to, że sprawca posługiwał się ostrym narzędziem, np. nożem i siekierą. Rozczłonkowanie nastąpiło po śmierci (za tym faktem przemawiał brak reakcji przeżyciowych w obrębie cięć). Znalezione szczątki bez wątpienia należały do kobiety.

Ustalono, że denatka rodziła, miała około 158 – 160 cm wzrostu, była brunetką (ustalono to na podstawie włosów łonowych) i liczyła około 28 wiosen. Dokładnie tyle, ile liczyła Zofia Paluchowa…

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]