Zgadzał się wzrost i kolor włosów. Nawet ziemniak w żołądku potwierdzał, że znalezione szczątki należą do „Pięknej Zośki” (świadkowie zeznali, że Zosia przed wyjściem do Dłubni jadła właśnie ziemniaki).

Może jaki kochanek ją zabił

Zgadzały się anatomiczne szczegóły, zgadzał się czas śmierci i fakty, że w tym czasie nie zgłoszono zaginięcia żadnej innej kobiety. Zatem wszystko wskazywało na to, że znalezione szczątki należą do Zofii Paluchowej. Powątpiewał w to tylko Maciej Paluch. Dla niego kluczowym dowodem byłaby głowa, której nie odnaleziono. O krwi w mieszkaniu mówił, że prawdopodobnie pochodzi z nosa albo od krów, które cieliły się w stajni…

Zakład Medycyny Sądowej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie zbadał te ślady i już pod koniec śledztwa wydano opinię, że to krew ludzka! Ślady na spodniach były zbyt małe, aby oznaczyć ich pochodzenie.

Paluch twierdził, że ze śmiercią żony nie ma nic wspólnego. Dlaczego miałby ją zabić? Matka i siostra Zosi powiedziały, że kiedyś zwierzyła się, że jeszcze za kawalerskich czasów Maciej podpalił zabudowania sąsiada z sąsiedniej wsi. Mąż przyznał się jej do tego w największej tajemnicy. Ona jednak im o tym opowiedziała. Nie wiadomo komu jeszcze zdradziła sekret. Być może dotarło to do uszu szewca, dlatego postanowił ją ukarać za długi język? A może uciszyć na wieki? Paluch wyparł się tego, za to snuł swoją wersję:

 

– Przypuszczam, że moja żona zamówiła jakichś drabów na mnie, by mnie zabili, widocznie o coś się ze sobą pokłócili, żonę moją zamordowali i poćwiartowali, aby ich nie zdradziła. Innego wytłumaczenia na jej zaginięcie nie mam.

Mężczyzna potwierdził, że kazał żonie przyjść 15 maja po pieniądze. Paweł Sojka, który rzekomo miał mu dać pieniądze, zeznał, że wcale Paluchowi nie obiecywał żadnej gotówki!

17 listopada 1927 roku oskarżono Macieja Palucha o zbrodnię morderstwa: „Biorąc pod uwagę, że obwiniony jako człowiek niezwykle gwałtowny i brutalny, który wprost pastwił się nad swoją żoną i od dawna groził jej zabiciem, że na dzień 15 maja br. ściągnął ją do domu bez żadnego ważnego powodu, gdyż jak sam wyznał, pieniędzy dla niej nie posiadał (…)”.

Rozprawa toczyła się od 1 do
8 grudnia 1927 roku przed Trybunałem Przysięgłych przy Sądzie Okręgowym Karnym w Krakowie. Salę zapełniał tłum krewnych i znajomych Paluchów, świat malarski z Krakowa oraz studenci i inne osoby zaintrygowane morderstwem znanej osoby.

W pierwszym dniu procesu „Ilustrowany Kuryer Codzienny” przedstawił reprodukcję portretu Zosi pędzla Wodzinowskiego, a o sprawie pisał tak: „Jeszcze nigdy ściany tej sali, choć tyle wieków liczą, nie były świadkiem tak ponurej tragedii” – co akurat nie było prawdą, ale podsycało to zainteresowanie sprawą. Dziennikarze nie szczędzili czytelnikom sądowych relacji. Opisywano makabryczne szczegóły wyławiania zwłok Zofii Paluchowej. Podawano, które części ciała kolejno znajdowano.

Wielbiciele jej urody – malarze – byli nawet powoływani na świadków. Byli pytani o charakter Zofii. Podkreślali, że zazdrość Macieja Palucha była nieuzasadniona, bo „Piękna Zofia” była osobą nader porządną. Wszyscy twierdzili, że fatalnie się stało, że tak pięknej kobiecie trafił się okrutny mąż.

O Zosi dobrze mówił także proboszcz Dłubni. Podkreślał, że była pracowita i porządna, ale mąż jej się nie udał… Mimo to obrońcy Palucha próbowali udowodnić, że ofiara nie prowadziła się moralnie, w związku z powyższym ich klient miał prawo denerwować się na żonę i czasem ją karcić.

Osobnik o silnych namiętnościach

Ustalono, że szewc w furii uderzył żonę tępym narzędziem w głowę, a następnie poćwiartował jej ciało za pomocą noża (szewskiego) i siekiery. Wsadził ciało do skrzyni i pod osłoną nocy wywiózł, porzucając w rzece. Maciej Paluch cały czas nie przyznawał się do zbrodni. Mimo iż wszyscy znali jego porywczy charakter i długo mogliby o nim opowiadać, twierdził, że to żona była winna rozkładu pożycia małżeńskiego. Wyznał przed sądem, że kobieta nie chciała mieć więcej dzieci, a te, które już mieli, zaniedbywała, bo spieszno jej było do malarzy.

Listę skarg na ślubną połowicę ciągnął dalej: wszystko marnotrawiła, aż wreszcie wyprowadziła się z domu – bez powodu. Żądała od niego alimentów, on jej płacił, jak tylko był w stanie… 15 maja rzeczywiście przyszła do niego po pieniądze. Było po godzinie 14. Uściskał ją nawet. Rozmawiali o dzieciach, procesach i innych sprawach. Prosił ją, aby opiekowała się dziećmi. Wyszła około 19. Nawet się nie pożegnała. Na koniec dodał, że około 17 widział na polu dwóch nieznanych mu mężczyzn. Wyglądali podejrzanie. Szli w kierunku Zesławic.

Cały czas zmieniał swoje wyjaśnienia w kwestii ubrania. Twierdził, że czarne spodnie (na których znaleziono plamę krwi) uprał, bo zauważył, że były brudne, a chciał w nich iść do sądu na zbliżającą się rozprawę. Zaprzeczał, aby 17 maja jechał o godzinie 3 nad ranem od strony Dłubni. Ślady krwi w mieszkaniu tłumaczył częstymi krwotokami z nosa. Kto zabił jego żonę?

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]