W 1950 roku w województwie łódzkim szeptano, że mężczyźni nie powinni podpisywać żadnych urzędowych papierów, bo odbywa się podstępna akcja niby dobrowolnego zgłaszania się na wojnę w Korei, gdzie Rosjanie przegrywali z Amerykanami.

 

Biały koń Andersa

Wojny się bano, ale też jej wybuch na kontynencie europejskim (z zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych) budził nadzieję na zmianę międzynarodowej sytuacji politycznej. W szeptankach trzecia wojna miała stać drogą do suwerenności Polski i demokracji. Wymieniano kolejne terminy początku działań zbrojnych: wiosna 1949 roku, jesień 1949, maj 1950, sierpień 1951… Wiele nadziei wiązano z Władysławem Andersem. Generał miał przybyć na białym koniu z olbrzymią armią i pokonać Rosjan w ciągu kilku tygodni. Agenci UB z województwa szczecińskiego donosili o szerzących się na tym terenie pogłoskach, że do portu płyną angielskie okręty załadowane żywnością i odzieżą dla Polaków. Zbliżającą się wojnę miało też zapowiadać zarządzenie o przeglądzie koni z uprzężą i nowe, korzystniejsze warunki kontraktacji zwierząt rzeźnych. Chłopi tłumaczyli to robieniem zapasów dla wojska.

W Warszawie w kolejkach przed sklepami mówiło się o konieczności robienia zapasów octu i sody oczyszczonej, ponoć skutecznych w obronie przed nową bronią – gazami usypiającymi. W ogóle magazynowano żywność, bo podobno radio BBC apelowało, aby ludność zaopatrzyła się w produkty spożywcze na trzy miesiące działań wojennych.

Szerzący wrogą propagandę zazwyczaj byli skazywani na karne obozy pracy. Najniższy wyrok wynosił trzy miesiące – taki otrzymał pewien piekarz z Wadowic, który w październiku 1951 roku, siedząc w korytarzu biura GS, opowiadał innym interesantom, że widział przelatujące nad miastem amerykańskie samoloty.

Mimo surowych kar za „wrogą propagandę” dobrze się miała pogłoska o wywozie naszego mięsa do Związku Radzieckiego. Jak twierdził jeden z chłopów oskarżonych w marcu 1951 roku przez Komisję Specjalną, w państwie Stalina panuje głód i nędza, przez co ludzie kradną i z biedy muszą chodzić w obuwiu z łyka lipowego.

Skazana na 6 miesięcy obozu pracy kobieta ze wsi Żabice w Lubuskiem, na zebraniu członków spółdzielni produkcyjnej wskazała na portret Stalina, mówiąc: Patrzcie, to nasz oswobodziciel, tak nas oswobodził, że dziś chodzimy z gołą dupą. I podniosła spódnicę, aby unaocznić prawdę.

Z kolei w jednej ze wsi powiatu brzeskiego szeptano, że wkrótce w Opolu odbędzie się proces dziewięciu osób, które sprzedawały na targu ludzkie mięso. Ta plotka miała wyjątkowo długi żywot, krążyła po całej Polsce. W Szczecinie odkryto rzekomo fabrykę wyrobów z ludzkiego mięsa. Miało być ono wytwarzane z ciał porywanych i mordowanych dzieci. Do warszawskiego radia przychodziły listy zaniepokojonych słuchaczy, dopytujących się, czy to prawda.

 

Ciągle mówiono o wymianie pieniędzy. Ponieważ ludzie już wiedzieli, że taka decyzja przyniesie im wyłącznie straty, usiłowano na podstawie różnych symptomów odgadnąć termin nadejścia nieszczęścia.

Kiedy w 1952 roku ogłoszono projekt nowej konstytucji, ktoś zauważył, że na aktualnie używanym bilonie znajduje się napis „Rzeczpospolita Polska”, a w projekcie ustawy zasadniczej widnieje „Polska Rzeczpospolita Ludowa”. Z tego wywnioskowano, że waluta będzie wymieniona.

 

Matka Boska płacze

W archiwum Komitetu Centralnego PZPR oraz MSW zachowało się wiele doniesień tajniaków nasłuchujących, o czym mówią wierni Kościoła katolickiego. Najdogodniejszym miejscem do zbierania takich informacji były pielgrzymki.

W lipcu 1949 roku tłum pątników szedł do Lublina, bo modląca się w tamtejszej katedrze zakonnica zauważyła – jak twierdziła później w czasie przesłuchania – na umieszczonym w ołtarzu obrazie Matki Boskiej spływające z oczu świętej czerwone krople.

– Matka Boska płacze, bo Polską rządzą czerwoni – rozniosło się po całym kraju. Powtarzali wierni, ale i pracownicy urzędów pocztowych, którzy nadawali niezwykłą wiadomość dalekopisami do innych urzędów. Rzeczoznawcy nie potwierdzili, że ciągle pojawiające się czerwone krople na obrazie to krew, ale ludzie nie chcieli słuchać żadnego dementi, choćby padało ono z ust księdza. Przez katedrę przewijało się dziennie około 40 tysięcy pielgrzymów. Kiedy 13 lipca rano zatratowano na śmierć 21-letnią Helenę Rabczuk ze wsi Sosnówka w powiecie włodawskim (pątnicy twierdzili, że kobietę zatłukli kolbami karabinów komunistyczni milicjanci), władze odcięły Lublin od reszty kraju. Nie kursowały pociągi, a na skrzyżowaniach dróg pojawiły się zapory z drutu kolczastego. W odpowiedzi fala pielgrzymów wzrosła kilkakrotnie. Szli do Lublina z feretronami, śpiewając My chcemy Boga

Komitet Centralny PZPR zarządził organizowanie w całym kraju zebrań, na których prelegenci mieli oskarżać duchownych o prowokacje. To tylko wzmogło pogłoski o prześladowaniu wierzących. Pokątnie szeptano, że pod Gdańskiem czarna wołga UB najechała na księdza, prowadzącego pątników do Lublina. Zginął duchowny i siedmioro dzieci.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]