Sławomir L. od dziecka zdradzał porywczy charakter i brak opanowania. Już w zerówce był agresywny wobec przedszkolanek, kolegów i wobec siebie. Gdy nie udało mu się równo pokolorować rysunku, rzucił piórnikiem w chłopca, który jego zdaniem, śmiał się z niego. Panią, która zwróciła mu uwagę, nawyzywał od szmat i dziwek, a następnie przyskoczył do ściany i zaczął uderzać w nią głową. Z największym trudem go uspokojono.

Niekontrolowane wybuchy złości zdarzały się Sławkowi również w latach nauki szkolnej. Na kategoryczne żądanie rodziców innych dzieci, kilkakrotnie przenoszono go ze szkoły do szkoły. Ale wszędzie było to samo. Rodzice Sławka – oboje wykształceni, dobrze sytuowani – najwyraźniej bagatelizowali problem. Owszem, przyznawali, że chłopiec do aniołów się nie zalicza, ale gdy pani pedagog sugerowała wizytę u psychologa, za nic nie chcieli się na to zgodzić. – Dziecko nie może teraz zareagować spontanicznie, bo zaraz robi się z niego bandytę – odpowiadali z przekąsem. Nie zdawali sobie sprawy, że taką postawą najbardziej krzywdzą swojego syna.

 

* * *

Potem były z nim same problemy. Alkohol, narkotyki, nieciekawe towarzystwo, a także kilkakrotne próby samobójcze. Tylko dzięki ustosunkowanym rodzicom udało mu się zdać maturę. Ojciec, ważny kierownik w dużej firmie budowlanej, załatwił Sławkowi posadę magazyniera. Niestety, już po miesiącu mu podziękowano. Kompletnie nie przykładał się do pracy, notorycznie się spóźniał, z magazynu ginął towar, a gdy zwracano chłopakowi uwagę, reagował agresją i wyzwiskami. Często czuć było od niego alkohol.

Historia powtórzyła się w kolejnej, załatwionej przez ojca pracy. I w trzeciej, i w czwartej. A potem już nikt nie chciał go zatrudnić. Jednakże dopóki rodzice żyli i dobrze się mieli, Sławek nie wiedział co to niedostatek. Stać go było na markowe ciuchy, wypasione komórki i na imprezy w modnych klubach. Dość wcześnie, bo w wieku 20 lat ożenił się. Joanna była od niego o rok starsza. Poznali się na kursie dla bezrobotnych. Zamieszkali w obszernym mieszkaniu rodziców Sławka. Wkrótce przyszła na świat ich córka, Dominika.

Rodzice świeżo upieczonego taty byli zachwyceni. Naiwnie przy tym wierzyli, że syn, zostawszy ojcem „takiej ślicznej kruszynki” (jak pieszczotliwie nazywali wnuczkę) nareszcie ustatkuje się i spoważnieje. Dowodem tej wiary było wręczenie Sławkowi kluczyków do auta, które mu sprezentowali na tę szczęśliwą okoliczność. – Żebyś miał czym szybko podskoczyć do sklepu po pieluchy dla maleńkiej – rzekł z uśmiechem pan L.

 

* * *

Przez pierwsze dwa-trzy lata pożycie młodych małżonków układało się nad wyraz dobrze. Oboje troskliwie wychowywali córkę. Sławkowi udało się nawet całe siedem miesięcy przepracować w firmie handlowo-usługowej – dopóki nie zlikwidowano jej z powodu nierentowności. Ale to przecież żadne zmartwienie. Wszak ojciec Sławka, teraz już dyrektor, zarabiał na tyle dużo, by utrzymać również rodzinę jedynaka.

Kłopoty zaczęły się, gdy pan L. poważnie zachorował. Przez rok uparcie zmagał się z nowotworem, ale niestety, walkę tę przegrał. Nie pomogła kosztowna kuracja u najlepszych w kraju specjalistów. Po śmierci ojca Sławomir L. nie potrafił odnaleźć się w roli jedynego mężczyzny w rodzinie. Wciąż nie pracował.

Wprawdzie matka otrzymywała co miesiąc rentę po zmarłym mężu, ale w porównaniu z dyrektorską pensją, były to marne grosze. W żaden sposób nie mogły pokryć wydatków na utrzymanie czterech osób.

Trudna sytuacja, w jakiej nieoczekiwanie się znaleźli, sprawiła, że Sławek załamał się. Znowu dała znać o sobie jego słaba konstrukcja psychiczna. Przez kilka lat, odkąd został ojcem, udawało mu się skutecznie ograniczać picie alkoholu. Od czasu do czasu pozwalał sobie tylko na piwo. Teraz jednak znowu zaczął topić smutki w wódce. Pił coraz więcej i coraz częściej kłócił się z żoną i z matką, którą obwiniał o to, że jest dziś takim a nie innym człowiekiem.

– Trzeba było mnie leczyć, a nie zamiatać problemy pod dywan – w jego wyrzutach było sporo racji. – Ale wy z ojcem uważaliście, że to wstyd, by syn państwa dyrektorostwa leczył się na głowę. Bo co ludzie by powiedzieli?!

 

* * *

Pani L. przeżyła męża o niespełna cztery lata. Gdy zmarła, Sławka z Joanną nie było stać na utrzymanie czteropokojowego mieszkania w nobliwej dzielnicy i musieli się wyprowadzić. Początkowo na stancję. Ale komorne za pokój z kuchnią i łazienką, także przekraczało możliwości finansowe młodego małżeństwa z dzieckiem. Po kilku miesiącach przenieśli się więc do rodziców Joanny, którzy prowadzili w S. niewielkie gospodarstwo rolne. I wtedy zaczęło się piekło. Sławomir L. praktycznie nie trzeźwiał, co drugi dzień się awanturował i zachowywał się czasami jak człowiek niespełna rozumu.

O byle co burzył się i wpadał we wściekłość. Kiedyś, gdy siedział z kolegami przy piwie, przyszła do niego żona, przypominając, że za godzinę muszą jechać z Dominiką do lekarza. Zareagował biciem, wyzwiskami, mocno ciągnął kobietę za włosy. Nie wiadomo do czego by doszło, gdyby koledzy nie zmusili Sławka do opamiętania.

 

Innym razem Joanna wyszła z Dominiką na spacer po wsi. Niezadowolony z jej nieobecności, udał się na poszukiwania. Spotkał je w pobliżu przydrożnej kapliczki. Na oczach pięcioletniej wówczas córki skopał żonę; zbił szybę w kapliczce i groził, że oszpeci odłamkami jej twarz.

Uroił sobie, że żona go zdradza. Joanna, żeby poprawić ich sytuację i zarobić bodaj na ubranka dla córki, poszła do pracy. Udało jej się zaczepić w miejscowym domu kultury. Sławek był jednak przekonany, że znalazła tę pracę tylko po to, żeby mieć pretekst do wychodzenia z domu i przyprawiania mu rogów. Z kierownikiem, magazynierem, a nawet z ekipą remontową, która w budynku domu kultury przeprowadzała termomodernizację. Zapewnienia Joanny, że nigdy go nie zdradziła i nigdy nawet nie myślała o tym, jeszcze bardziej go rozjuszały.

– Nie kłam dziwko, wiem, że pieprzysz się z kim popadnie, bo taką masz naturę – warczał. Czasami groził jej śmiercią: – Kiedyś cię zabiję. Potem małą, a na ostatek zrobię koniec z moim podłym życiem! I wszyscy będą zadowoleni.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze