Około godziny szesnastej Joanna pojechała z Dominiką do kościoła po odbiór pamiątkowego obrazka z pierwszej komunii. Zawiózł je samochodem Thomas. Po powrocie Joanna nagle gdzieś zniknęła. Nie było jej w mieszkaniu. Nikt nie wiedział kiedy wyszła i dokąd mogła się udać. Zaniepokojeni rodzice i goście zaczęli jej szukać na terenie całej posesji.

Znaleziono ją w zaroślach, tuż przy ogrodzeniu. Miała poderżnięte gardło i nie dawała oznak życia. Wezwano karetkę pogotowia i policję. Lekarz stwierdził zgon Joanny L. na skutek przecięcia tętnicy szyjnej. Jeszcze tego samego dnia policja zatrzymała pod zarzutem zabójstwa Sławomira L. Mężczyzna spał na ławce na rynku w S. Nie znaleziono przy nim narzędzia zbrodni. Podejrzany spędził noc w policyjnej izbie zatrzymań a nazajutrz odpowiadał na pytania prokuratora.

Utrzymywał, że nie zabił żony. Owszem, źle ją traktował, bo był o nią zazdrosny. – Miała kochanka, a ja chciałem, żeby do mnie wróciła. Byłbym w stanie uderzyć Joannę, ale nigdy bym jej nie zabił – wyjaśniał. Dodał, że zamierzał porozmawiać na ten temat z żoną i dlatego przyszedł do niej w dniu komunii córki. Ale zrezygnował, gdy ojciec Joanny i dwóch jego kuzynów przegonili go z posesji. Udał się do wsi. Był zdenerwowany, więc kupił w sklepie wódkę, usiadł na ławce i po opróżnieniu flaszki usnął.

Prokurator mu nie uwierzył. Sławomira L. najbardziej obciążało zachowanie w trakcie tej wizyty. Przyszedł nieproszony, szarpał się z Joanną, wyciągnął nóż, którym groził żonie, teściowi i dwóm innym mężczyznom. Dla prokuratora wszystko było jasne. Uznał, że przegoniony z przyjęcia Sławomir L. nie odszedł daleko. Zaczaił się gdzieś w pobliżu domu i gdy po kilku godzinach zobaczył przechodzącą tamtędy żonę, przyskoczył do niej i poderżnął jej nożem gardło. Następnie pozbył się noża i dopiero wtedy udał się do wsi. Śledczy nie miał co prawda żadnych namacalnych dowodów na poparcie tej tezy, nie udało się też, jak na razie, odnaleźć narzędzia zbrodni – był jednak przekonany, że to kwestia kilku dni a może nawet godzin.

 

* * *

Niewiele brakowało, żeby Sławomir L. poszedł na długie lata do więzienia za zabójstwo, którego nie popełnił. Choć splot okoliczności wskazywał na niego, to jednak prawda o tej zbrodni okazała się zaskakująca. W ustaleniu sprawcy pomógł… silny wiatr wiejący nazajutrz po tragedii.

Po południu do pokoju pogrążonych w rozpaczy rodziców Joanny wszedł cicho Thomas C. Powiedział, że bardzo mu przykro po tym co się stało. Nie może jednak tu zostać. Musi pozostać w Polsce, bo prokurator tak przykazał, ale przeniesie się do hotelu.

– Ale dlaczego? – zaprotestowała słabym głosem matka dziewczyny. Przecież miejsca jest dość. Cudzoziemiec podjął już jednak decyzję. – Kochałem Joannę. Szok i dla mnie. Ale ja obcy, nie rodzina, zostać tu niedobrze dla was – tłumaczył łamanym polskim.

Po czym ukłonił się i poszedł do pokoju, żeby się spakować. To był dawny pokój dziecinny ich córki. Po kilkunastu minutach wyszedł przed dom, rozmawiając z kimś przez komórkę. Tam był lepszy zasięg niż w mieszkaniu. Chyba tłumaczył coś swemu rozmówcy, albo się z nim spierał, w każdym razie dyskusja się przeciągała.

Wychodząc z pokoju nie zamknął za sobą drzwi. Widać i okno było tam otwarte, bo gdy powiał silny wiatr, wskutek przeciągu coś się z łoskotem przewróciło. Matka Joanny poszła zobaczyć co się stało. Okazało się, że z parapetu spadł i roztrzaskał się wazon z kwiatami. Odbite od podłogi odłamki szkła wpadły do otwartej torby podróżnej Belga, która stała przy oknie w kącie pokoju. Pochyliła się, by usunąć z niej szkło i naraz zamarła ze zgrozy. Między koszulami zobaczyła owinięty w kawałek folii nóż, na którym widniały ślady krwi. W jednej chwili wszystko zrozumiała: to wcale nie Sławek zabił Joasię, a ten belgijski przybłęda. To dlatego chciał uciekać…

Za nic nie można pozwolić mu zwiać… Zdołała opanować szok, po czym na palcach wyszła z pokoju. Rzut oka na podwórze: Thomas wciąż gadał przez komórkę, opierając się o maskę samochodu. Skinęła na męża i szeptem, w paru słowach opowiedziała co znalazła w torbie Belga. – Nie spuszczaj go z oka a ja zaraz dzwonię na policję – powiedział mężczyzna.

 

* * *

Thomas C. początkowo gwałtownie protestował twierdząc, że nie ma pojęcia dlaczego został zatrzymany. Kiedy jednak zobaczył prokuratora, który wcześniej go przesłuchiwał i którego trochę się bał, wybuchnął płaczem i przyznał się do zabójstwa Joanny L.

– Ona chciała mnie zniszczyć! – powtarzał, żałośnie szlochając. Jakiś czas temu okazało się, że zaszła z nim w ciążę. Zażądała pieniędzy. Dużych pieniędzy. Nie miał takiej sumy, ale to jej kompletnie nie obchodziło.

Szantażowała go, że jak nie zapłaci, to o wszystkim powie jego żonie. To byłaby dla niego katastrofa. Wszystko co osiągnął, zawdzięczał żonie. Jej było mieszkanie, które zajmował i do niej należał sklep z elektroniką.

Gdyby dowiedziała się, że ją zdradził i będzie miał dziecko z inną, straciłby jedno i drugie. A także co bogatszych klientów, którym naprawiał telewizory. Julia znała tych ludzi i gdyby powiedziała im, że Thomas uwodzi pracujące w ich domach gosposie, zapewne zrezygnowaliby z jego usług.

Próbował wpłynąć na Joannę, prosząc by nie spełniała swojej groźby. Obiecywał, że zapłaci za jakiś czas, gdy zgromadzi potrzebną sumę. Ona była jednak twarda jak głaz. – Już jednemu uwierzyłam i źle na tym wyszłam. Kasa w ciągu tygodnia, albo żoneczka dowie się o twoich miłosnych podbojach…

Uznał, że jedynym wyjściem z tarapatów, będzie pozbycie się pazernej Polki. Sama namówiła go, żeby przyjechał z nią do Polski, najprawdopodobniej chciała go mieć cały czas na oku. Musiał coś wymyślić i nakłamał Julii, że otrzymał duże zagraniczne zlecenie. Nie miał jednak żadnego planu zabójstwa. W pewnym sensie o wszystkim zdecydował przypadek. Po obiedzie zawiózł Joannę i jej córkę do kościoła po odbiór obrazka. Sam nie wchodził do świątyni. Czekając przy samochodzie, zobaczył na pobliskiej ławce śpiącego mężczyznę. Obok stała pusta butelka po wódce. Poznał go; przecież to mąż Joanny, o którym naopowiadała mu tyle złego. Thomas wiedział też, że Sławek rozmawiał niedawno z Joanną. Po pijanemu kłócił się z nią, wymachiwał nożem. Idealnie pasował, żeby go wrobić w zabójstwo.

Niedbałym krokiem podszedł do ławki i usiadł przy pijaku. Rozejrzał się i stwierdził, że nikogo nie ma w pobliżu. Szybko przeszukał kieszenie Sławomira L. W jednej z nich znalazł nóż.

Gdy wrócili do domu, szepnął Joannie, że chce z nią porozmawiać. – A masz coś dla mnie? – zainteresowała się. Uśmiechnął się i odpowiedział, że może i ma. Wyszli na podwórko, potem zaciągnął ją w zarośla. Bał się, że Joanna zacznie coś podejrzewać i narobi krzyku, więc się spieszył. Bez słowa sięgnął po nóż i zadał jej pchnięcie, a potem przeciągnął ostrze po szyi dziewczyny. Wiedział, że musi zabrać ze sobą narzędzie zbrodni. Gdyby je tu zostawił, znaleziono by na nim jego odciski palców.

Goście wciąż siedzieli przy suto zastawionym stole. Nikt nie zwrócił uwagi jak wrócił do domu i wszedł do pokoju, który rodzice Joanny oddali im do dyspozycji. Znalazł na stole celofan od kwiatów, owinął nim nóż i schował do torby podróżnej. Kilka minut później ktoś znalazł zwłoki. Po przesłuchaniu w prokuraturze, nie zamierzał wbrew nakazowi śledczych zostawać w Polsce. Powiedział rodzicom Joanny, że przenosi się do hotelu, żeby nie wzbudzać ich podejrzeń. W rzeczywistości chciał jak najszybciej wyjechać z Polski i dopiero po jej opuszczeniu, pozbyć się noża. Prawie mu się udało…

Sąd uznał 36-letniego Thomasa C. winnym zabójstwa Joanny L. i skazał go na 15 lat więzienia.

Karol Rebs

Zmieniono personalia i niektóre szczegóły.

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze