Janusz K. miał ciężką rękę. To wiedzieli wszyscy we wsi. Potrafił przylać, a że wybuchowy był i lubił zajrzeć do kieliszka, ludzie raczej schodzili mu z drogi. Nikt nie chciał skończyć ze złamaną szczęką albo wybitymi zębami. A że Janusz tłukł i terroryzował całą rodzinę? Wszyscy wiedzieli. Szeptało się o tym za plecami, ale przecież nikt otwarcie nie zaprotestuje, nic nie powie. Po co sobie robić kłopoty. Janusz jak popił, to i za siekierę albo młotek mógł chwycić.

Rodzina K. mieszkała w parterowym domu z czerwonej cegły. Wieś w środkowej Polsce – jak każda in-na. Młodzi wyjeżdżali w wielki świat, niewielu zostawało na gospodarce. We wsi był sklep, kościół i bar, gdzie miejscowe chłopy upijały się na umór. Janusz K. był tam stałym gościem. Miał dużo czasu. Od 20 lat nie pracował. Z zawodu był budowlańcem. Wyrzucili go za burdy i pijaństwo. Później załapał się do miejscowego zakładu przetwórstwa spożywczego, ale i tam nie zagrzał miejsca. W końcu trafił na bezrobocie. Udało mu się dostać grupę inwalidzką i tak siedział, na wakacjach, jak to mówił. Trochę dorabiał, a to sprzedał złom, a to jajka. Na resztę pracowała żona – Jadzia. Doglądała gospodarki, poza tym jako krawcowa z zawodu szyła ludziom na zlecenie. Pieniędzy za dużo nie było, ale jakoś starczało.

Janusz na picie zawsze miał. W barze wiedzieli, że jak zaczynał marudzić, to lepiej go omijać, bo inaczej można było wylądować na intensywnej terapii. Raz jak wpadł w szał, to trzech chłopa nie mogło go uspokoić. Zresztą co tu dużo mówić. Przecież w szale Janusz własnego syna pchnął nożem. Na całe szczęście chłopaka odratowali. A ojciec poszedł siedzieć na 6 lat. Wrócił jeszcze gorszy, tyle że wtedy dzieci uciekły już z domu. Grzesiek, którego poranił, wy-jechał do Anglii. Paweł – młodszy i mądrzejszy – mieszkał w mieście powiatowym.

Jedynie matka została sama z tyranem.

– Biedna Jadźka! – gadali ludzie.

Jadźka wcześniej wychodziła jeszcze na wieś z fioletowymi, podbitymi oczami. Potem przestała się już pokazywać. Czasem, jak kto przyszedł do niej, a Janusz akurat popił, to pokazywała przez okno, by nie właził od frontu, żeby czasem chłopa nie rozdrażniać.

Młodszy syn – Paweł – nienawidził ojca z całego serca. Pamiętał sine pręgi na plecach od lania kablem. Pamiętał też, jak uciekali z matką i Grześkiem z domu, chowali się w oborze i czekali, aż ojcu szał przejdzie. Grzesiek po tym, jak ojciec pchnął go nożem, uciekł do Anglii, ale życia już sobie nie ułożył. Sam zaczął pić, popadł w alkoholizm.

A Paweł? Względnie mu się układało. Znalazł w mieście dziewczynę, pracował jako mechanik samo-chodowy. Pić zdarzało się – a i owszem, ale starał się kontrolować. Do domu rodzinnego nie przyjeżdżał, bo ojca na oczy nie chciał widzieć. Jedyne co nie dawało mu spokoju, to matka. Wiedział, że ojciec ją bił. Matka zresztą nie raz dzwoniła i płakała do słuchawki. Te telefony były jak wyrzut sumienia. Czasem po takiej rozmowie sam upijał się na umór.

Starał się ją pocieszać, ale co mógł więcej zrobić? Ojca się bał, nie chciał wchodzić mu w paradę. Nie miał czasu ani samozaparcia, by się tym wszystkim zajmować. Nie po to wyrwał się z domu, aby w kółko przerabiać stare problemy. Czasem zdawało mu się, że nie może uwolnić się od przeszłości, że ona kroczy za nim i go przydusza we śnie – gdy miewał koszmary.

Historię Pawła poznasz sięgając po najnowszy numer „Detektywa” nr 9/2019, w którym publikujemy tekst Krzysztofa Struga „Dom zła”.

Tę i inne historie o tematyce kryminalnej znajdziesz we wrześniowym wydaniu „Detektywa” nr 9/2019 w sprzedaży od 13 sierpnia 2019 roku, a także w wersji elektronicznej do kupienia TUTAJ oraz w wersji do słuchania dostępnej TUTAJ.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze