W czerwcu 1970 roku całą Polskę zelektryzowała sprawa uprowadzenia płockiej pediatry, Stefanii Kamińskiej. Domniemanego sprawcę zatrzymano wprawdzie kilka miesięcy później, jednak nigdy nie udowodniono mu zabójstwa. Zwłok kobiety do dzisiaj nie odnaleziono.

Był ranek 5 czerwca 1970 roku, kiedy w prywatnym gabinecie pediatrycznym Stefanii Kamińskiej w centrum Płocka zadzwonił telefon. Pani doktor jeszcze nie było. Małych pacjentów przyjmowała najczęściej w godzinach popołudniowych. Słuchawkę podniosła obecna tam pielęgniarka. Dzwonił mężczyzna, który – jak można było przypuszczać po charakterystycznym „zaśpiewie” w głosie – pochodził ze Wschodu. Nerwowo i chaotycznie opowiadał, że jego dziecko ciężko zachorowało i chciałby jak najszybciej umówić wizytę lekarską.

Najprawdopodobniej ten sam mężczyzna przyszedł do mieszkania doktor Kamińskiej jeszcze tego samego dnia, około godziny 15.30.

W pierwszym momencie trochę się go przestraszyłem – zeznał potem mąż doktor Kamińskiej. – Był średniego wzrostu, miał ciemne włosy, kwadratową twarz i ponure spojrzenie. Mówił z dziwnym, niepolskim akcentem. Raczej nie wzbudzał zaufania, ale żona nie zwracała na to uwagi, bo przecież dziecko tego człowieka było ciężko chore. Szybko zapakowała do skórzanej torby lekarskiej narzędzia i kilka podstawowych lekarstw, po czym wsiadła z nieznajomym do zaparkowanego na ulicy beżowego trabanta. Odjechali w nieznanym kierunku. Od tamtej pory jej nie widziałem.

Kamińscy byli znanymi w Płocku lekarzami. Ona – jednym z najlepszych specjalistów z zakresu pediatrii, on – radiologiem. Kazimierz Kamiński w czasie drugiej wojny światowej, wraz z innymi tutejszymi lekarzami organizował pomoc dla żołnierzy rannych w kampanii wrześniowej. Stefania urodziła się pod Jarocinem w 1906 roku. W 1934 roku skończyła medycynę na Uniwersytecie Poznańskim, a dwa lata później wyszła za mąż za Kazimierza Kamińskiego i przeprowadziła się do Płocka.

Mieszkali i przyjmowali pacjentów w kamienicy przy ulicy Tumskiej 6, gdzie mieli dwa oddzielne gabinety. Do południa pracowali na państwowych posadach: ona – w żłobkach, przedszkolach i szkołach, on – w przychodni chorób płucnych. Po południu spotykali się w domu i po obiedzie zaczynali przyjmować pacjentów.

Tak przez wiele lat wyglądało ich życie, z wyjątkiem urlopów i służbowych wyjazdów, aż do 5 czerwca 1970 roku.

Doktor Kamiński bezskutecznie czekał na powrót żony. Mijały godziny, a jej nie było. Początkowo próbował szukać żony na własną rękę. Jednak bez rezultatu. Nie pozostało mu nic innego, jak zgłosić zaginięcie żony w komendzie milicji. Od wypełnionego przez funkcjonariusza druku zawiadomienia o zaginięciu osoby rozpoczęło się jedno z najgłośniejszych, a jednocześnie najtrudniejszych śledztw PRL-u.

 

Bardzo szybko ruszyła machina poszukiwań doktor Kamińskiej. Stosowne komunikaty ukazały się w mediach. Milicja otrzymała wiele, jednak nic nie znaczących zgłoszeń. Sprawa – przynajmniej na pierwszym etapie – wyglądała na tajemniczą i zagadkową.

 

Porwanie, zemsta czy wojenne porachunki

Początkowo w tej sprawie nie było żadnego punktu zaczepienia. Jedno było pewne: ponad wszelką wątpliwość ktoś celowo wywabił i wywiózł w nieznanym kierunku płocką pediatrę. Nie sposób było ustalić motywów działania sprawy. Porwanie dla okupu? Takie rzeczy działy się w tamtym czasie tylko na tzw. zgniłym Zachodzie. Zemsta? Jakoś trudno było w to uwierzyć, bo zaginiona kobieta miała mnóstwo życzliwych jej ludzi, o wrogach nikt nigdy nie słyszał. Kamińscy należeli do ludzi zamożnych, ale w samym tylko Płocku było przynamniej kilkaset bogatszych rodzin… Zatem, o co tym wszystkim chodziło? Czyżby padła ofiarą niezrównoważonego psychiczne szaleńca?

Śledczy zadawali sobie mnóstwo pytań. Na szczęście po tygodniu pojawiło się światełko w tunelu.

Na domowy adres doktor Kamińskiej przyszedł anonimowy list, który wiele wyjaśniał. To jednak było porwanie! Bandyci zażądali 300 tysięcy złotych – gigantycznego jak na tamte czasy okupu!

Potwierdzeniem zgody na zapłacenie pieniędzy miało być zamieszczenie na łamach jednego z dzienników dziwnego ogłoszenia: „Jana Andrzejaka, lat około 70, lub jego rodziny poszukuje Andrzej Bujak, Płock, ul. Tumska 8”. Na koniec zagrozili, by nie powiadamiać milicji o liście. Doktor Kamiński zignorował to ostatnie żądanie i każdy krok ustalał ze śledczymi.

Ogłoszenie oczywiście ukazało się, pozostało czekanie na odzew bandytów. Kilka dni później listonosz przyniósł kolejny list, tym razem z odręcznym dopiskiem porwanej, na potwierdzenie, że jest żywa. Przez kilkanaście następnych dni porywacze przysłali jeszcze trzy listy. Wszystkie pisane były na maszynie do pisania, w ten sam sposób zaadresowane były również koperty. Wskazywano różne miejsca złożenia okupu, jednak nikt nie podjął pieniędzy. Milicjanci wyjeżdżali w miejsca wyznaczone do przejęcia okupu, w jednym przypadku skorzystano nawet z milicyjnego śmigłowca, ale za każdym razem bez rezultatu. Po prawie miesięcznej zabawie „w kotka i myszkę” urwał się kontakt z przestępcami. Nie wiadomo, co było tego przyczyną. Nieznany był też los porwanej kobiety. Śledztwo utknęło w martwym punkcie.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze