Dziewięcioletnia Christie jest już zdrowa, jeśli nie liczyć ledwo uchwytnej wady wymowy i sparaliżowanej ręki. Zaraz po wejściu na salę sądową widzi matkę na ławie oskarżonych. Patrzą na siebie i płaczą. Po długiej chwili dziewczynka uspokaja się i odpowiada na serię pytań. Prokurator chce udowodnić, że Christie potrafi odróżnić prawdę od fałszu. I będzie mówić tylko prawdę.

Czwartkowy wieczór 19 maja 1983 roku był wyjątkowo ciepły i dziwnie cichy. Taka niezwykła cisza wywoływała zawsze niepokój wśród personelu McKenzie-Willamette Hospital w Springfield. Lekarze i pielęgniarki przywykli do strasznej codzienności, do krwi i jęków ludzi walczących o życie, doskonale zdawali sobie sprawę, że w ciszę wiosennego wieczoru w każdej chwili może wedrzeć się sygnał nadjeżdżającej karetki pogotowia, zapowiadający kolejną ludzką tragedię.

 

Małe ofiary

Tuż przed jedenastą wieczór na podjeździe szpitalnego pogotowia zatrzymał się czerwony Nissan. Pisk opon i niemilknący dźwięk klaksonu poderwał na nogi dyżurny personel. W stronę drzwi popędził doktor John Mackey a za nim pielęgniarki Rose Martin i Shelby Day. Gdy rozsunęły się szyby, rzuciła się w ich kierunku wysoka młoda kobieta, z przerażeniem na pobladłej twarzy.

 

– Ktoś strzelał do moich dzieci! – krzyknęła i dramatycznym gestem pokazała na samochód.

Wnętrze nowego Nissana przypominało obraz jak po bitwie. Na tym tle widok trzech małych sylwetek skurczonych na fotelach i na podłodze niemal zwalał z nóg zawodowców nawykłych już do najgorszych widoków. Tu krew wylewała się niemal na zewnątrz; ociekały nią wszystkie ściany, szyby i fotele pojazdu. Była to krew malutkich i bezbronnych dzieci, którym śmierć i ciężkie rany zadał ktoś pozbawiony sumienia. Jedno dziecko leżało na przednim siedzeniu, na miejscu dla pasażera. Dwoje spoczywało na oparciach tylnych foteli,  wyciągając do siebie ręce… Pielęgniarki ostrożnie otworzyły drzwi samochodu, a lampka w samochodzie pomogła w szybkiej ocenie sytuacji. Złotowłose dziecko na przednim siedzeniu było chyba dziewczynką, najwyżej siedmio- lub ośmioletnią. Z tyłu leżała druga dziewczynka i malutki chłopczyk. Ona mogła mieć pięć, on może trzy lata; żadne nie dawało najmniejszego znaku życia.

W ciągu kilku minut przy samochodzie zgromadziła się spora grupka pogrążonych w szoku, szlochających ludzi. Na ich tle tylko matka malutkich ofiar zachowywała dziwny spokój. Stała z boku, zmartwiałym wzrokiem patrzyła na rozgrywające się przed nią sceny, podtrzymując lewą rękę owiniętą zakrwawionym ręcznikiem. Już wydobywano dzieci z wnętrza samochodu i układano na wózkach, popychanych, przez ludzi zachowujących się jak w transie, przez drzwi i korytarze do sal operacyjnych. Dwoje dzieci wciąż walczyło o życie, łapiąc powietrze z ogromnym wysiłkiem. Mały chłopczyk jęczał cicho z każdym oddechem. Dziewczynka znaleziona na przednim siedzeniu już nie oddychała. Została uznana za zmarłą jeszcze przed wniesieniem na stół operacyjny.

– Wszyscy mają rany klatki piersiowej! – krzyczał doktor Mackey do Freda Wilhite, głównego chirurga.

Zaczęła się wielogodzinna walka o życie, choć szanse na jej wygranie były wyjątkowo mizerne. Lekarze zastosowali całą dostępną technikę sprzężoną z ich wiedzą i wieloletnim doświadczeniem. Dzieci straciły mnóstwo krwi; ich organizmy potrzebowały tlenu. Uczyniono więc wszystko, by nadrobić te straty, a małe serca zaczęły bić normalnym rytmem. Już nad ranem na monitorach pojawiły się pierwsze pozytywne wyniki.

Przyszedł wreszcie czas na wstępną ocenę sytuacji. Jedna z dziewczynek, siedmioletnia Cheryl Ann, zmarła po otrzymaniu postrzałów w głowę i w okolice serca. Jej siostra, starsza o rok Christie, z postrzałami głowy i klatki piersiowej, rokowała niewielkie nadzieje na przeżycie. Trzyletni Danny przeżyje na pewno, ale będzie chyba sparaliżowany od pasa w dół.

Pod koniec całonocnej akcji powtarzało się pytanie: Kto, na litość boską, celował z broni palnej w te dzieci, by następnie wielokrotnie pociągać za spust?

 

Kudłata bestia

Nad ranem te pytania można było zadać matce. 28-letnia Diane Downs już od pierwszych minut po przybyciu do szpitala zwracała na siebie uwagę personelu dziwnym spokojem. Ludzie patrząc na nią próbowali odczytać to, czego sami nie byli w stanie nawet domyślać się, a tym bardziej widzieć, czy rozumieć. Przecież ta matka była świadkiem największej tragedii, jaką może przeżyć kobieta. Przecież ona na własne oczy widziała, jak ktoś próbował rozstrzelać jej dzieci; przecież to ona próbowała zasłaniać je własnym ciałem, przyjmując na siebie jeden z postrzałów.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze