Diane Downs wydobyła z siebie jakieś słowa i jeszcze przed przybyciem policji opisała w szpitalnym protokole, najkrócej jak tylko potrafiła, przebieg tragedii. Wracała wraz z dziećmi z odwiedzin u znajomej na jej farmie w Marcola, na obrzeżach miasta Springville. Znajdowali się na nieoświetlonej wąskiej szosie, zaledwie kilka mil od miejskich rogatek, gdy raptem na poboczu szosy pojawił się człowiek wyglądający jak zjawa. Był zaniedbany, w postrzępionej odzieży, wyjątkowo kudłaty i niechlujny. Wymachiwał rękoma, jak oszalały, najwyraźniej wzywając pomocy. Diane pomyślała: nie wolno pozostawać bliźniego w potrzebie; nie wolno wykazywać się obojętnością wobec nieszczęścia i ubóstwa. Później przy wielu okazjach, na policyjnych przesłuchaniach i w wywiadach telewizyjnych, cierpliwie powtarzała:

 – Na świecie panuje znieczulica. Chciałam ją przełamać, dlatego zachowała się tak nierozważnie. Odruchowo nacisnęłam na hamulce, a wtedy ten kudłaty upiór podbiegł do samochodu, w jego ręku błysnęła lufa i zaczął strzelać.

Opis dramatu powtórzyła do policyjnego protokołu, gdy nad ranem 20 maja zebrał się wokół niej zespół funkcjonariuszy policji w Springfield i z biura szeryfa hrabstwa Lane. Usłyszeli oni dość chaotycznie podany przebieg zdarzeń oraz rysopis napastnika. Policja potraktowała sprawę bardzo poważnie. Ogłoszono stan pogotowia dla miasta Springfield oraz okolic. Na wszystkie trasy wyruszyły zmotoryzowane patrole, a ich załogi otrzymały polecenie uważnego przeczesywania terenu w poszukiwaniu groźnego przestępcy. Istniała obawa, że może znów zaatakować. Szczególną uwagą otoczono najbliższy rejon wokół miejsca napadu, wzdłuż trasy Old Mohawk Road.

Tymczasem w szpitalu sierżant Robin Rutherfor z biura szeryfa cierpliwie czekał, aż pielęgniarki skończą opatrywanie rannej matki. Rana postrzałowa lewej ręki, odniesiona – jak zeznała Diane Downs – podczas próby osłaniania dzieci, okazała się powierzchowna i niegroźna. Kobieta najwyraźniej wyszła już z szoku, była w dobrej kondycji fizycznej i nadal okazywała zaskakujący spokój. Sierżant zaproponował jej krótki wypad w teren. Chodziło o jak najszybsze i precyzyjne zlokalizowanie miejsca tragedii. Kobieta zgodziła się bez oporu i w kilkanaście minut później kazała zatrzymać samochód na Old Mohawk Road, blisko skrzyżowania z szosą o lokalnym znaczeniu z wąską rzeką z jednej strony, a polami uprawnymi z drugiej. Policjant od razu uczynił profesjonalne spostrzeżenie, że ponad wszelką wątpliwość nie jest to miejsce, w który matka z trojgiem małych dzieci w samochodzie powinna przerwać jazdę na pierwsze machnięcie ręki obcego mężczyzny.

Zaraz po powrocie do szpitala Diana Downs otrzymała wiadomość o śmierci Cheryl oraz o krytycznym stanie pozostałych dwojga dzieci. Przyjęła to z godnością i wyjątkowym spokojem. Swoim zachowaniem zaskoczyła nie tylko personel, ale i policję. Spodziewano się histerycznego wybuchu rozpaczy, tymczasem było to spokojne pogodzenie się z losem. Na wiadomość, że synek Danny ma największe szanse na przeżycie, odpowiedziała pytaniem:

 

– Mam rozumieć, że pocisk ominął serce?…

 

Chłód i opanowanie

Nie przypadkiem uwaga śledczych skupiła się na Diane Downs. Stała się dla nich fenomenem samym w sobie już od pierwszych chwil, gdy czujne oczy detektywów zaczęły obserwować jej zachowanie, oceniać charakter jej obrażeń oraz wypowiadane zdania. Detektywi Dick Tracy i Doug Welch przyznali później, że w swej długiej policyjnej karierze widzieli kobiety tracące zmysły pod wpływem tragedii o znacznie mniejszym znaczeniu, natomiast Diane Downs zachowywała się tak, jakby to nie jej dzieci stały się ofiarami okrutnego napadu. Jej spokój i beznamiętne uwagi irytowały wszystkich ludzi zaangażowanych w ten dramat. Niektórzy z nich, zwłaszcza personel szpitalny, nie potrafili powstrzymać łez. Na tym tle Diane wyglądała na kobietę pozbawioną uczuć.

Opanowanie matki, jedynego świadka tragedii, było jednak detektywom w jakimś sensie na rękę, bo mogli liczyć na szybki i precyzyjny opis wydarzeń. Dzięki jej współpracy uzyskali pełny obraz nadzwyczaj prostej i logicznej chronologii wydarzeń, poprzedzającej strzelaninę na lokalnej drodze.

Ten wieczór zapowiadał się dla Diane Dows i dzieci bardzo miło. Od czasu, gdy zaledwie kilka miesięcy temu przeprowadziła się z trzyosobową gromadką z Arizony do Oregonu, by zamieszkać w wynajętym segmencie nie dającym wrażenia rodzinnej przytulności, niemal codziennie wyjeżdżali na plaże nad oceanem. Zima w Oregonie jest długa, nieprzyjemna i dżdżysta, a ciepłe majowe dni nie trwają wiecznie. Popołudnie i wczesny wieczór 19 maja spędzili na plaży, by w drodze powrotnej do miasta wstąpić na krótko na farmę Heather, koleżanki z pracy. Kilka dni temu wspomniała ona o zamiarze kupienia koni. Diane znalazła w gazecie interesujące ogłoszenie, więc miała pretekst do niezapowiedzianych odwiedzin, traktując to jako kolejną atrakcję dla dzieci. Wcale się nie zawiodła: podczas gdy ona gawędziła z Heather i jej mężem, trójka dzieci bawiła się z psami i poklepywała konie. A droga powrotna, wąskimi szosami i w całkowitych ciemnościach, miała być również atrakcją wieczoru.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]