Pokonywali te mile w rytmie ulubionej muzyki, gdy niemal natychmiast po wjeździe w Old Mohawk Road przed maską samochodu wyrosła sylwetka tego człowieka. Diane go tak opisała: „Rasy białej, średniego wzrostu, nie więcej niż 170 centymetrów, długie ciemne włosy w ogromnym nieładzie, zapuszczona broda, dżinsowy komplet oraz kolorowy podkoszulek”. Jak już uprzednio opowiedziała pielęgniarkom, uległa nagłej pokusie wykazania swej wrażliwości na ludzkie nieszczęście. Przecież człowiek ten prosił o pomoc. Zatrzymała więc samochód i wyszła na pokrytą tłuczniem drogę. Wtedy on pokazał pistolet i zażądał kluczyków od samochodu. Gdy odmówiła, wyciągnął rękę w stronę otwartej szyby i mierząc do dzieci oddał serię wystrzałów. Próbował jeszcze wyrwać jej kluczyki z ręki, lecz ona odepchnęła go i zdołała opaść na siedzenie kierowcy. Zanim uruchomiła silnik, on zdążył jeszcze oddać jeden wystrzał; na szczęście zranił ją tylko w rękę. Nacisnęła na pedał gazu i nie zwalniała już aż do szpitalnej rampy. Widziała krew, słyszała jęki. Zdawała sobie sprawę, w jakim stanie są dzieci, przekraczała więc limity prędkości modląc się o ich przetrwanie.

Wstępne oględziny samochodu potwierdziły, że w tej relacji wszystko było prawdziwe. Zbrodniarz rzeczywiście strzelał z lewej strony pojazdu, o czym świadczył rozkład śladów krwi na fotelach, drzwiach, ścianach i szybach. Strzały padły z wyjątkowo bliskiej odległości, na co wskazywały oparzenia na skórze dzieci. Najwięcej ich było na skórze zmarłej Cheryl. Zabójca użył broni kalibru 22; mógł to być pistolet lub strzelba.

Tadeusz Wójciak

Na kolejną część historii o dramatycznych wydarzeniach ze Stanów Zjednoczonych zapraszamy już jutro. Nie przegap!

 

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]