Zygmunt S. był szpakowatym, niewyglądającym na swój wiek pięćdziesięciokilkulatkiem o sylwetce sportowca. Na oko można byłoby mu dać czterdzieści parę lat i to jedynie ze względu na siwiejące po bokach głowy włosy. Swoją aparycją przyciągał spojrzenia kobiet, zadbany, zawsze gustownie ubrany, jeżdżący samochodem z górnej półki.

Te wszystkie cechy zewnętrzne oraz głowa do interesów czyniły z niego osobę, o której kiedyś powiedziano by że „ma klasę”. Zewnętrzne znamiona dobrobytu Zygmunta kłuły w oczy otoczenie „życzliwych” i stały się przyczyną nieprawdopodobnego ciągu zdarzeń.

Zigi, bo taki pseudonim miał wśród znajomych, był właścicielem sieci hurtowni z materiałami biurowymi. Działalność zaczynał na początku lat dziewięćdziesiątych w Małopolsce od małego sklepiku przyległego do miejscowego bazaru. Dzięki sprytowi i umiejętności znalezienia się we właściwym miejscu o właściwej porze, krok po kroku rozbudowywał swoje imperium. Początkowo na materiały biurowe znalazł odbiorców w większości okolicznych szkół, wykorzystując znajomości w kuratorium. Potem skorzystał z wejścia na polski rynek zachodnich koncernów i został przedstawicielem kilku znanych firm produkujących kserokopiarki. Za kserokopiarkami przyszły drukarki, osprzęt, tonery i serwisowanie.

Wszystkie możliwości, jakie dawała branża artykułów biurowych, zaradny przedsiębiorca wykorzystał w stu procentach. Kilka wygranych przetargów i dostawy, które na ich podstawie realizował, ustawiły go na parę lat. Referencje i listy polecające otrzymane od zachodnich koncernów, rzetelność i terminowość dostaw – sprawiły, że dla klientów był wiarygodnym partnerem. Pieniądze zarobione w branży papierniczej Zigi inwestował ponownie w segment rynku, który jego zdaniem w niedalekiej przyszłości miał przynieść krociowe zyski – w nieruchomości. Kupował zarówno grunty jak i lokale, odsprzedając je potem z zyskiem.

Wysoka stopa życiowa, dom a właściwie rezydencja zabezpieczona całodobowym monitoringiem, przyległy basen, ogród, służba w domu, własny pełnomorski jacht, dziecko w prywatnej szkole, kilkakrotne w ciągu roku wyjazdy z żoną do ciepłych krajów – wszystkie te znamiona luksusu widać było z zewnątrz i nie zabrakło chętnych, żeby choć trochę z tego „ogromnego tortu” uszczknąć dla siebie.

 

* * *

W telewizji i prasie głośno jest od kilku lat o zlikwidowaniu takiej czy innej zorganizowanej grupy przestępczej, na której czele stał osobnik o pseudonimie zazwyczaj dość humorystycznie brzmiącym dla zwykłego zjadacza chleba. Zygmunt S. miał pecha, że w jego okolicy działał dość dobrze zorganizowany lokalny gang, który zwrócił uwagę na bogatego przedsiębiorcę i zaczął przyglądać się jego interesom. O kierownictwo gangu podejrzewano Bronisława W. – znanego policji i już wcześniej notowanego za drobne występki.

Zaczęło się od tego, że do jednej z hurtowni Zygmunta S. wpadła grupa kilku osiłków w kominiarkach z kijami bejsbolowymi i zażądała comiesięcznego wynagrodzenia za „ochronę”, demolując przy okazji część administracyjną magazynu. Pomoc policji, polegająca na obserwacji hurtowni nie na wiele się zdała, gdyż sytuacja powtórzyła się w innym mieście, w innej hurtowni należącej do biznesmena.

Policja nie dysponuje wolnymi siłami, które mogłaby zaangażować w obserwację sieci magazynów – dowiedział się Zygmunt S. Monitoring, mimo że wszechobecny w jego placówkach, w takich przypadkach jak wymuszenie czy rozbój nie zdaje egzaminu. Grupa osiłków przyodziana w kominiarki była praktycznie nierozpoznawalna na materiale filmowym. Zatrudnienie kilku ochroniarzy w każdym z magazynów również nie wchodziło w grę, gdyż nie zdołaliby się przeciwstawić grupie kilkunastu napastników, mogących być uzbrojeni w broń palną.

Wezwanie policji zaraz po przyjeździe napastników nie sprawdziło się – w momencie przyjazdu patrolu na miejscu zdarzenia pozostali jedynie wystraszeni pracownicy hurtowni. Zarządzenie blokady dróg w pobliżu magazynu bezpośrednio po zgłoszeniu zdarzenia również nie spowodowało zatrzymania kogokolwiek. W żadnym z przypadków próby wymuszenia haraczu nikogo nie udawało się ująć.

 

Zygmunt S. mimo że początkowo postanowił nie płacić „dobrowolnego podatku” za prowadzenie biznesu w kraju, w którym swobodę działalności gospodarczej gwarantuje konstytucja, po pewnym czasie złamał swoje zasady. Pieniądze zostawiał zgodnie ze wskazówkami otrzymywanymi telefonicznie. Szeroka skala prowadzonej działalności sprawiała, że wartość oddawanych co miesiąc środków początkowo nie naruszała w znaczący sposób budżetu firmy. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia – porzekadło to najtrafniej ilustrowało sytuację przedsiębiorcy i jego samozwańczych ochroniarzy.

Żądane przez gang i wypłacane przez biznesmena sumy z miesiąca na miesiąc zaczęły rosnąć nieproporcjonalnie do osiąganych zysków. Wszelkie próby negocjacji spalały na panewce i prowadziły do nakręcania się spirali zastraszania właściciela hurtowni i jego rodziny. Zaczęły się głuche nocne telefony i doszło do otrucia psa. Wydawało się, że miarkę przebrały robione z ukrycia, a znalezione w skrzynce na listy, zdjęcia córki biznesmena bawiącej się w jednym z miejscowych klubów muzycznych.

Od tego momentu zaczęły się kłopoty zdrowotne Zygmunta S., który zastanawiał się, czy prowadzenie interesu warte jest utraty zdrowia. Wizyty u kardiologa i kłopoty z ciśnieniem stały się rzeczywistością dotychczas zdrowego, nigdy niechorującego pięćdziesięciokilkuletniego mężczyzny. Żona biznesmena Beata S., widząc jak mąż walczy ze sobą – z jednej strony chcąc chronić rodzinę, a z drugiej nie mogąc znieść, że dofinansowuje zorganizowaną przestępczość – stwierdziła, że to może być pora, żeby wyjść z interesu i zakończyć działalność. Stała za mężem murem twierdząc, że zaakceptuje każdą jego decyzję.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze