Sytuacja stała się wprost nie do zniesienia, gdy przestępcy pokazali, na co ich stać i że w praktyce nie cofną się przed niczym. Zdarzeniem, które uzmysłowiło biznesmenowi rozmiar zagrożenia, był wypadek samochodowy żony – czyli ostrzeżenie. Auto, prowadzone przez kobietę przy dość znacznej prędkości, „złapało gumę” i to, że Beata S. uszła z życiem, mogła zawdzięczać tylko szczęściu.

Wydawało się że to przypadek, który może zdarzyć się każdemu, jednak ekspertyza, sporządzona przez ubezpieczyciela i potwierdzona przez laboratorium kryminalistyczne, mówiła co innego. W jedną z przednich opon auta wbito metalowy sworzeń, taki jakiego używa się do wieszania obrazów na ścianie. Koniec sworznia spiłowano tak, żeby nie wystawał poza zewnętrzny zarys opony, w praktyce był nie do zauważenia wśród zagłębień bieżnika. Sworzeń był wbity w oponę na taką głębokość, że nie powodował ujścia powietrza i można było z nim jeździć. Jednak przy większej prędkości samochodu, uwzględniając tarcie opon o podłoże, metal rozgrzał się do temperatury, która musiała spowodować pęknięcie opony i utratę sterowności pojazdu przez kierowcę. To właśnie spotkało żonę biznesmena.

Po krótkiej rekonwalescencji i powrocie Beaty S. ze szpitala, sytuacja przybrała zgoła nieoczekiwany obrót. Kobieta zgłosiła zaginięcie, a raczej zniknięcie męża. Policja rozpoczęła zakrojone na szeroką skalę poszukiwania przy użyciu psów tropiących, kamery termowizyjnej a nawet skorzystano z pomocy jasnowidza, zapewniającego, że zaginiony żyje.  Żadne z zastosowanych środków nie przyniosły rezultatu.

Mężczyzna zapadł się pod ziemię, nie zostawiając żadnego śladu. Zaginięcie biznesmena policja łączyła z wymuszeniem haraczu, przesłuchano w charakterze świadków członków domniemanej grupy przestępczej wymuszających haracz. Ich zeznania nie wniosły niczego nowego do sprawy, no może poza jednym dość ważkim elementem. Skończyły się comiesięczne żądania haraczu za ochronę. Być może przestępcy zdali sobie sprawę, że w związku z zaistniałą sytuacją są „na widelcu” i nie warto ryzykować. Beata S. początkowo zaczęła prowadzić interesy męża sama, ale nie czuła się do tego stworzona i nie przynosiło jej to satysfakcji. Nie można powiedzieć, że biznes zaczął podupadać, ale już nie rozwijał się tak dynamicznie jak pod ręką męża.

Beata, mimo braku jakiegokolwiek śladu życia małżonka, święcie wierzyła w jego powrót. Po około miesiącu od zniknięcia Zygmunta, Beata S. odebrała telefon z polskiej ambasady w Portugalii, a później otrzymała oficjalną informację na piśmie od jednej z portugalskich firm czarterujących jachty pływające wokół wybrzeża tego słonecznego kraju. Przekaz był jasny – jej mąż wypożyczył jacht, który następnie znaleziono pusty, wyrzucony na jedną z portugalskich plaż przez fale.

 

* * *

Śledztwo wykazało, że Zygmunt S. służbowo wyjechał do Portugalii, gdzie prowadził rozmowy z tamtejszym deweloperem. Próbowano odtworzyć ostatnie dni życia biznesmena. Przed feralnym zniknięciem okazało się, że widziano go w Niemczech, gdzie na strzeżonym parkingu ciągle stało zaparkowane jego auto. Z Niemiec przedsiębiorca odleciał do Portugalii. Zagadkowym w całej sprawie było to, że o planowanej podróży w żaden sposób nie poinformował kochającej żony. W erze telefonów komórkowych i internetu nasuwało to podejrzenie, że być może nie chciał, żeby ktokolwiek wiedział o jego wyjeździe.

 

Prowadzący śledztwo w sprawie zniknięcia biznesmena nie dopatrzyli się jakichkolwiek znamion przestępstwa w jego zaginięciu, nie znaleźli również dowodów mogących sugerować, że wyjazd poza granicę Polski miał być ukryty przed najbliższymi. Mimo sugestii, że Zygmunt S. utonął, jego żona wierzyła, że mąż żyje i wróci do rodziny. Współpraca z portugalską policją nie wyjaśniła zawiłości tej zagadkowej sprawy. Jacht był wypożyczony w celu kilkugodzinnego rejsu na nazwisko przedsiębiorcy, zgodnie z tamtejszym prawem. Kiedy znaleziono jednostkę wyrzuconą przez morze na jednej z plaż, właściciel firmy czarterującej przez blisko 2 tygodnie zwlekał ze zgłoszeniem policji zniknięcia z pokładu cudzoziemca – jedynej osoby, która wynajęła jednostkę. Zanim portugalskie władze sprawdziły personalia Polaka i poinformowały polską ambasadę, również minęło trochę czasu.

Ciała przedsiębiorcy nigdy nie znaleziono, natomiast w zachowaniu Beaty S. nastąpił pewien przełom. Kobieta do tej pory święcie wierząca w odnalezienie żywego małżonka złożyła do sądu wniosek o uznanie męża za zmarłego. Polski kodeks cywilny dopuszcza taką możliwość w stosunku do osoby, która zaginęła w czasie podróży powietrznej lub morskiej albo w związku z innym szczególnym zdarzeniem, jednakże dodatkowo wyznacza do takiego uznania sześciomiesięczny termin liczony od dnia, w którym nastąpiła katastrofa lub inne szczególne zdarzenie. W przypadku Zygmunta S. sąd nie dopatrzył się katastrofy i nakazał liczenie biegu sześciomiesięcznego terminu niezbędnego do uznania za zmarłego dopiero po upływie roku od dnia, w którym jacht miał dobić do portu przeznaczenia.

Ostatecznie sąd uznał zaginionego Zygmunta S. za zmarłego, a jako chwilę jego śmierci oznaczył dzień, w którym jacht miał dopłynąć do portu przeznaczenia.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]