Osieroceni bracia wyprawili rodzicom bogaty i wyjątkowo starannie celebrowany pogrzeb. Uroczystości odbyły się najpierw na Zachodnim, a potem na Wschodnim wybrzeżu Ameryki. Wpierw, 25 sierpnia 1989 roku, miała miejsce ceremonia żałobna ku czci Jose i Kitty Menendezów w miejscu najbardziej odpowiadającym ich doczesnemu znaczeniu: w siedzibie Directors Guild of America (Związku Dyrektorów Amerykańskich) w Los Angeles. Bracia spóźnili się o całą godzinę.

Twarz młodszego Erika, poczerwieniała i spuchnięta, nosiła ślady płaczu i cierpień. Starszy Lyle wyglądał na wyjątkowo spokojnego i opanowanego, co zgromadzeni przyjaciele rodziny i partnerzy biznesowi Jose odczytali jako wyraz gotowości do podjęcia samodzielnego życia, czy nawet zastąpienia zamordowanego ojca w świecie wielkich pieniędzy.

Właściwe uroczystości pogrzebowe odbyły się trzy dni później, 28 sierpnia, w uniwersyteckim mieście Princeton w stanie New Jersey, gdzie rodzina spędziła najlepsze lata życia. Podczas nabożeństwa w uniwersyteckiej kaplicy Lyle wygłosił półgodzinną mowę, w której wysławiał talenty opiekuńcze i wychowawcze zmarłych rodziców. Trumny z ich zwłokami pochowano następnie na pobliskim cmentarzu.

Już w cztery dni po tragedii Lyle i Erik wydali z pozostawionych pieniędzy rodziców 15 tysięcy dolarów na dwa zegarki Rolex. Była to przygrywka do niesamowitego, nawet jak na dzieci milionerów, szaleństwa zakupów, które zwróciło uwagę otoczenia.

„Nawet najbardziej szczęśliwa wdowa, która wstąpiła w związek tylko i wyłącznie dla wielkich pieniędzy, potrafiłaby się powstrzymać przed tak energicznym korzystaniem z odziedziczonego dostatku, przynajmniej do końca pierwszego okresu żałoby” – skomentował postępowanie braci Dominick Dunne, znany kronikarz przestępczości w środowisku najbogatszych ludzi Ameryki.

Lyle i Erik nie zadbali nawet choć trochę o zachowanie pozorów. W krótkim czasie wydali 700 tysięcy dolarów. Zaczęli od samochodów. Lyle kupił sobie za 60 tysięcy dolarów najnowszy model Porsche 911 Carrera w kolorze chłodnego metalu, choć czerwone Alfa Romeo, prezent od ojca na osiemnaste urodziny, mogło jeszcze zwracać uwagę. Erik zaprezentował skromniejsze wymagania, kupując Jeepa Wranglera, w miejsce całkiem jeszcze nowego Forda Mustanga. Lyle wydał 40 tysięcy dolarów na garderobę, a pewnego dnia jego ochroniarze byli świadkami zakupu sprzętu elektronicznego za 24 tysiące dolarów. Erik zatrudnił na stałe osobistego trenera tenisa, z pensją roczną 50 tysięcy dolarów.

Pierwsze tygodnie po śmierci rodziców bracia spędzili w ucieczce, choć nikt ich nie scigał. Zmieniając drogie hotele w rejonie Beverly Hills, Lyle i Erik czynili to rzekomo w strachu przed mafią. W obawie o życie obydwaj wynajęli zawodowych ochroniarzy. Bracia starali się usilnie, by naprowadzić policję na łatwy trop wiodący do morderców. Wskazywali bezpośrednio na człowieka nazwiskiem Noel Bloom, dystrybutora filmów pornograficznych, związanego kiedyś z mafijną rodziną Bonanno. Ich ojca łączyły z Bloomem jakieś interesy, które nie wypaliły, stając się przyczyną wzajemnej nienawiści.

Wreszcie, w połowie września, a więc w półtora miesiąca po zbrodni, Lyle oświadczył swoim ochroniarzom, że już nie potrzebuje ich usług, bo zemsta mafii została zdjęta z głów braci w rezultacie interwencji wujka z New Jersey. Wiadomość o tym dotarła do policji i została potraktowana jako marny dowcip, bo ów wujek był zwyczajnym człowiekiem interesu w średnim wieku, bez żadnych kontaktów z przestępczością zorganizowaną. Bracia postanowili jednak nie wracać do posiadłości rodziców. Wynajęli więc sąsiadujące ze sobą apartamenty w wieżowcach Marina City Towers, w pięknym zakątku zwanym Marina del Rey. Kosztowało ich to niemało. Lyle płacił za swój apartament 2150 dolarów miesięcznie, a Erik – 2450 dolarów.

Z nastaniem jesieni bracia dojrzeli do podjęcia ważnych decyzji o przyszłości. Erik zmagał się z niemałym dylematem, czy rozpocząć studia w UCLA (University of California, Los Angeles) najlepszej uczelni kalifornijskiej, czy poświęcić się karierze profesjonalnego tenisisty. Lyle był bardziej zdecydowany. Przestały interesować go studia, postanowił natomiast iść w ślady ojca i zostać biznesmenem. Za 550 tysięcy dolarów kupił podupadającą restaurację w Princeton. Otworzył ją pod nową nazwą „Mr. Buffalo’s”, a miejscowej gazecie uniwersyteckiej tak powiedział o swoich planach:

– „Moja matka zawsze namawiała mnie do uruchomienia sieci małych lokali serwujących zdrową żywność w przyjaznej atmosferze”. Jednocześnie wystartował z własną firmą pod nazwą Menendez Investment Enterprises. Na jej siedzibę wybrał również uniwersyteckie miasto Princeton, gdzie za 3 tysiące dolarów miesięcznie wynajął lokale biurowe w popularnym centrum handlowym. Wyposażył lokal w drogie meble i elektronikę. Stanowiska dyrektorów obsadził swymi kolegami ze studiów.

Firma nigdy nie podjęła żadnej decyzji biznesowej, za to Lyle miał prestiżowe zajęcie, polegające między innymi na częstym przemieszczaniu się ze wschodniego wybrzeża na zachodnie i z powrotem na pokładach samolotów linii MGM Grand, świadczącej usługi tylko najbogatszym ludziom biznesu. Do końca października 1989 roku „nabił” więc na karcie kredytowej American Express 90 tysięcy dolarów.

 

Na tropie fortuny

Osoby z otoczenia braci Menendez z nieukrywanym zdumieniem obserwowały ich poczynania. Nie można było w nich dostrzec cienia żalu za utraconymi rodzicami ani typowego w takich przypadkach, gdy ktoś z rodziny pada ofiarą zbrodni, obsesyjnego zainteresowania pracami policji, zmierzającymi do ujęcia sprawców. Nad wszystkim górę brała żądza pieniądza, czyli miłość do wydawania dolarów w takim tempie, jakby Lyle i Erik posiadali tajemnicę ich produkowania. Do końca roku 1989, a więc właściwie przez cztery miesiące,  bracia wydali ponad milion dolarów, w tempie 250 tysięcy dolarów miesięcznie!

A tymczasem pieniądze zamiast się rozmnażać – topniały. Nieprawdą okazały się legendy o ogromnej fortunie pozostawionej przez Jose i Kitty. Naturalnie, były wielkie pieniądze, ale zainwestowane w nieruchomości, wymagające regularnego spłacania idących w setki tysięcy pożyczek bankowych i podatków. Wartość dwóch odziedziczonych posiadłości wynosiła około 14 milionów dolarów brutto, zaś po potrąceniu kredytów bankowych i należności podatkowych – już tylko 4 miliony. Po dwa miliony na czysto dla każdego z braci.

 

Każdy inny dwudziestolatek na ich miejscu oszalałby z radości, rzecz jasna – gdyby umiał się pogodzić z utratą rodziców. Lyle i Erik mieli jednak miny markotne. Niby dużo, ale spodziewali się znacznie więcej. Zwierzali się kolegom, że liczą na 90 milionów. Byli przekonani, że ojciec pozostawił co najmniej 75 milionów dolarów na ukrytych przed amerykańskim fiskusem kontach w bankach szwajcarskich. Były to jednak domysły najwyraźniej bezpodstawne, bo nic nie wskazywało na to, żeby senior Menendez z legalnej pracy w przemyśle rozrywkowym mógł odłożyć tak ogromne pieniądze, przy tak wystawnym stylu życia.

Bardziej realne było 5 milionów dolarów osobistego ubezpieczenia Jose Menendeza w firmie Live Entertainment, więc tam bracia skierowali swe kroki już trzeciego dnia po śmierci rodziców. Na miejscu usłyszeli złe nowiny: te miliony przepadły! Jose nie poddał się badaniom lekarskim w określonym terminie, wymaganym w kontrakcie ubezpieczeniowym. Zdrowy i wysportowany czterdziestolatek nie liczył się z nagłym zejściem z tego świata.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze