Jaka jest skala tego procederu w Polsce? Nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wśród handlarzy dzieł sztuki od lat krąży dowcip, że wybiny polski malarz Julian Fałat namalował w swoim życiu trzy tysiące obrazów, z czego do naszych czasów przetrwało sześć tysięcy! Coś w tym okrutnym żarcie musi być, bowiem według wielu marszandów ponad połowa dzieł sztuki znajdująca się w prywatnych kolekcjach i wystawiana na aukcjach to doskonałe falsyfikaty.

Lista fałszowanych polskich artystów jest niestety również długa, a do najczęściej podrabianych należą: Witkacy, Malczewski, Wyczółkowski, Boznańska, Nikifor, Chełmoński, Fałat.

Mniej znani artyści, sprzed kilku dziesięcioleci, też „są w cenie”. Ich twórczość nie doczekała się jeszcze opracowań naukowych, a brak materiału porównawczego sprzyja fałszerzom, którzy posuwają się do tworzenia dzieł, których mistrzowie nigdy nie namalowali. Ten „modus operandi” z olbrzymim sukcesem wykorzystał Wolfgang Beltracchi, genialny fałszerz dzieł sztuki, który przez prawie czterdzieści lat tworzył obrazy i podpisywał je nazwiskami najwybitniejszych artystów XX wieku: Maxa Ernsta, Fernanda Legera, Heinricha Campendonka, Andre Deraina czy Maxa Pechsteina. Beltracchi, w odróżnieniu od wielu innych fałszerzy, nie wykonywał mniej czy bardziej podobnych kopii, lecz malował nowe, wykorzystując wiedzę na temat warsztatu, życia i dorobku artystycznego wspomnianych twórców. Wielokrotnie fałszerz posunął się jednak do tworzenia od podstaw całych kolekcji obrazów, które miały być uważane za zaginione.

 

Najpierw malował, potem tworzył legendę

Jak jednak w dzisiejszych czasach bez problemu sprzedać obraz wielkiego mistrza? Beltracchi do każdego stworzonego dzieła wymyślał jego historię: okoliczności powstania, poszczególnych właścicieli, powody, dla których ma zostać sprzedany itp. Przekonywał, że udało mu się odnaleźć nieznane dotychczas dzieła mistrzów. Tworzone przez niego obrazy miały perfekcyjnie podrobione metryki, które nie wzbudzały zastrzeżeń rzeczoznawców, historyków sztuki, ani właścicieli galerii lub szefów domów aukcyjnych.

Nie wiadomo jak długo jeszcze trwałaby jego działalność, gdyby nie wpadł na sfałszowaniu obrazu Heinricha Campendonka „Czerwony obraz z końmi” uznanego wcześniej za zaginiony. Dzieło zostało sprzedane przez dom aukcyjny Lempertz w Kolonii w 2006 roku za prawie trzy miliony euro. Dom aukcyjny na żądanie klienta, który nabrał podejrzeń co do jego autentyczności, poddał go szczegółowym badaniom laboratoryjnym i wykrył, że dwie farby są pochodzenia współczesnego i nie były znane w czasie tworzenia ewentualnego oryginału. Ekspertyza była początkiem końca genialnego fałszerza. Szybko okazało się, że kilka innych dzieł, wstawionych przez niego do sprzedaży, było falsyfikatami. Na jego fałszerstwa nabierali się renomowani handlarze sztuki i eksperci, mimo świetnie rozwiniętej dzisiaj techniki badań rentgenowskich lub podczerwienią. Wielokrotnie znawcy sztuki potwierdzali autentyczność obrazów pędzla Beltracchiego, często uznając je za najlepsze dzieła podrabianych malarzy.

Genialny oszust w jednym z wywiadów przekonywał, że udało mu się sfałszować dzieła około… 50 artystów! Jego działalność trwała od 1970 roku. Mężczyzna twierdzi, że sprzedawał swoje obrazy w imponującej ilości – głównie na pchlich targach – lecz odmówił podania dokładnej liczby upłynnionych dzieł, choć nie zaprzeczył, że mogło ich być nawet dwa tysiące!

Trudno powiedzieć, czy to przechwałki, czy szczera prawda. Nie zmienia to faktu, że pewnie nigdy nie uda się ustalić, ile z oglądanych w muzealnych salach obrazów wyszło spod ręki fałszerza, bo nikt nie chce przyznać się do blamażu i braku kompetencji.

Fałszerz został skazany na sześć lat więzienia. Udowodniono mu podrobienie i sprzedanie 14 obrazów, na których udało mu się zarobić aż 45 milionów dolarów! To jednak zaledwie ułamek jego działalności, bo szacuje się, że udało mu się sprzedać około trzystu obrazów, mniej lub bardziej znanych artystów, wprowadzając przedtem w błąd wielu wysokiej klasy specjalistów, ekspertów i marszandów. Wszyscy oni chcieli wierzyć, że mają do czynienia z oryginałami, podobnie jak muzea, które je potem kupowały. Na początku 2015 roku fałszerz wyszedł na wolność. Marszandzi mają nadzieję, że już nigdy nie powróci do dawnego procederu.

 

Ten wspaniały wiek dwudziesty

Zdaniem krytyków sztuki, XXI wiek zapisze się w dziejach światowej kultury jako wiek fałszerzy. Takiej ilości kopii, imitacji i naśladownictwa nie było chyba w żadnym innym stuleciu. – Powszechnie uważa się, że stworzenie repliki obrazu sprzed kilku stuleci jest praktycznie niemożliwe – twierdzi wielu analityków rynku dzieł sztuki. – Zdobycze techniki XXI wieku uniemożliwiają popełnienie fałszerstwa doskonałego. Dzisiejsze metody analizy składu farb i płótna dają niemal nieograniczone możliwości. Spektroskopia umożliwia obejrzenie każdej warstwy podkładu, farby i werniksu bez żadnej ingerencji w obraz. Naukowcy opierają się nie tylko na unikalnych badaniach laboratoryjnych, ale np. korzystają z informacji o budowie ciała konkretnego artysty i są w stanie stwierdzić, czy rozpiętość ruchów ramienia przy sztaludze zgadza się z tym, co wiemy o dłoni artysty.

Falsyfikaty, które trafiają w ręce prywatnych kolekcjonerów, z reguły są trudne do wykrycia. Szczególnie łatwo oszukać kolekcjonerów, polujących na tzw. okazje – obrazy sprzedawane potajemnie z ręki do ręki, po bardzo atrakcyjnych cenach, ale z nieznanego źródła. Jeśli nabywca odpowiednio wcześnie zorientuje się, że padł ofiarą oszustwa, ma jeszcze cień szansy na odzyskanie pieniędzy od sprzedawcy. Jeżeli jednak uwierzy w autentyczność zakupionego przez siebie obrazu i włączy go w skład swojej kolekcji, dzieło staje się niedostępne dla badaczy i szansa wykrycia fałszerstwa spada do zera. Zresztą nierzadkie są sytuacje, kiedy kolekcjonerzy nie są zainteresowani ustalaniem autentyczności posiadanych obrazów. Wolą tkwić w przeświadczeniu, że są właścicielami dzieł wielkich mistrzów, w które zainwestowali olbrzymie pieniądze.

W opinii specjalistów największym fałszerstwem ubiegłego stulecia była słynna tiara Saitafernesa. Nie wiadomo, kto w pierwszej dekadzie dwudziestego stulecia wymyślił legendę o tym, że w II wieku naszej ery bogaci mieszkańcy Olbii – greckiej kolonii leżącej nieopodal ujścia Bohu i Dniepru – ofiarowali królowi Scytów Saitafernesowi, jako wyraz hołdu lennego, wspaniały trójczęściowy hełm ze szczerego złota. Miały go zdobić wspaniałe ornamenty i inskrypcje potwierdzające, że jest to dar dla króla. Przez dwa tysiące lat nikt nie wiedział, co się dalej z nim działo. Dopiero na początku XX wieku, nieznany Rumun miał odsprzedać klejnot znanym kolekcjonerom. Kilku europejskich ekspertów o renomowanych nazwiskach zgodnie orzekło, że jest to wspaniałe dzieło z czasów przedchrześcijańskich i zachęcało do jego nabycia. Kierując się ich sugestiami, tiarę nabyła dyrekcja paryskiego Luwru za astronomiczną, jak na tamte czasy, kwotę 200 tysięcy franków w złocie.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze