W 1903 roku paryskie czasopismo artystyczne „Les Arts” opublikowało reprodukcję złotego rogu, klasycznej rzeźby oraz złotego naszyjnika. Nikt nie miał wątpliwości, że dzieła te wyszły spod ręki tego samego artysty, który wykonał tiarę, rzekomo przed dwoma tysiącami lat. Wprawdzie eksperci próbowali jeszcze udowadniać historyczną wartość tego dzieła, lecz bomba wybuchła, kiedy jeden z paryskich jubilerów publicznie oświadczył, że osobiście zna odeskiego złotnika, który wykonał tę tiarę na zlecenie rumuńskich antykwariuszy. Genialnym artystą okazał się niejaki Israel Ruchomowski, który przyjechał na kilka miesięcy do Paryża, aby osobiście potwierdzić, że to on jest autorem owej tiary. Dla zademonstrowania swoich zdolności wykonał jeszcze jedno dzieło wzorowane na etruskiej biżuterii. Było prawie niemożliwe do odróżnienia od ozdób sprzed kilku tysięcy lat.

 

Skąd indyk na obrazie?

Pół wieku później prasa światowa rozpisywała się o odkrytych i doskonale odrestaurowanych freskach w kościele Najświętszej Marii Panny w Lubece. Pracami nad restauracją bezcennych malowideł kierował profesor Dietrich Fey. On również otrzymał z rąk kanclerza Konrada Adenauera krzyż zasługi za ratowanie dorobku kultury narodowej. Było się czym pochwalić. Jak stwierdzili eksperci, zachowane w Lubece freski: pochodzą z około 1300 roku, a ich barwy zachowały swoją świetlistość i niezwykłą świeżość, ponieważ malowidła te aż do chwili odkrycia po ataku bombowym w 1942 roku były ukryte niemal przez 500 lat pod warstwą zaprawy.

Tymczasem, kilka miesięcy później, najbliższy współpracownik Feya – Lotkar Malskat ujawnił… że tak naprawdę odnaleźli oni niemal całkiem gołe ściany, które postanowili sami zamalować. Kilka postaci wzorowali na osobach z XX wieku. Doszło do publicznego prania brudów między obu panami, bo Fey oczywiście zaprzeczył tego typu sugestiom. Jednak sąd nie miał wątpliwości, że bardzo zadrwili oni sobie z opinii publicznej: Fey został skazany na dwadzieścia miesięcy więzienia, Malskat zainkasował zaledwie dwa miesiące mniej.

Przy okazji wyszło na jaw, że podobnego fałszerstwa obaj panowie dopuścili się pod koniec lat 30., kiedy odnawiali wczesnogotyckie freski z katedry w Szlezwiku. Podczas prac renowacyjnych, w czasie czyszczenia kilkusetwiekowych malowideł… zniknęły one ze ściany. Najprawdopodobniej użyli zbyt silnych środków myjących. Bojąc się, że będą odpowiadać za zniszczenie tak cennych zabytków, postanowili sami je odtworzyć. Wprawdzie po udostępnieniu fresków publiczności, niektórzy zadawali sobie pytanie, skąd wziął się tam indyk, skoro nie znano go jeszcze wtedy w Europie… ale nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi szczegółami. Finezyjne fałszerstwo wyszło na jaw dopiero piętnaście lat później.

 

Fałszerz stulecia

Tym mianem obwołano holenderskiego malarza Hana van Meegerena. Z pewnością zasługuje na ten tytuł. Wystawił na pośmiewisko najpoważniejsze autorytety z dziedziny historii sztuki. Nie można wykluczyć, że w wielu muzeach, galeriach i prywatnych kolekcjach wiszą doskonałe podróbki jego autorstwa. Nic nie zapowiadało tak wielkiej „kariery”.

Pierwsze obrazy malował jako 12-letni chłopak. Ojciec, który był nauczycielem rysunków w miejscowej szkole i rychło dostrzegł w nim talent, namawiał go na dalsze kształcenie w jakimś artystycznym kierunku.

Kilka lat później Han rozpoczął studia na wydziale architektury uniwersytetu w Delft. Zaczęły się sukcesy – nagrody uniwersytetu, wystawy i konkursy, na których zgarniał większość wyróżnień. Stał się sławny. Każda wystawa to nowe zamówienia i coraz większe pieniądze, które, niestety, przeciekały mu przez palce.

Na jednym z licznych przyjęć kolega opowiedział mu pewną historię: – Powtarzam ci Han, nie bierz sobie do serca żadnych recenzji. Krytycy to banda idiotów. Byłem świadkiem, jak ten stary osioł Bredius, o którym mówią, że jest największym autorytetem w dziedzinie malarstwa niderlandzkiego, wziął prawdziwego Fransa Halsa za fałszywkę. Myślałem, że mnie szlag trafi. Kupiłem jakiś siedemnastowieczny gniot i kazałem go przemalować na Rembrandta. Wyobrażasz sobie, że ten dureń to „kupił”. Trzeba było widzieć jego minę, kiedy na jego oczach podarłem obraz…

To dało van Meegerenowi wiele do myślenia. A gdyby on sam zaczął podrabiać dzieła wielkich mistrzów?! Postanawia wykorzystać swój talent i znajomość dawnych technik malarskich, szczególnie techniki Vermeera. Nie tylko wzorem poprzedników maluje na starych płótnach, ale cierpliwie zdrapując podstawę formy celem zatarcia motywu, stara się zachowywać pęknięcia oryginału. By nadać falsyfikatom cechy właściwego wieku, skonstruował specjalny piec, w którym temperatura osiągała 120 stopni Celsjusza. Opanowawszy technikę, postanowił stworzyć kilka „arcydzieł”, których na pewno nie powstydziłby się sam mistrz. Nieprzypadkowo wybrał dzieła Vermeera van Delfta, siedemnastowiecznego holenderskiego malarza. Korzystając z tego, że twórczość tego wybitnego artysty była mało znana, zaczął powiększać listę „jego” dzieł.

Pierwszym tak spreparowanym obrazem było płótno pt. „Uczniowie z Emmaus”. Fałszerz doskonale poradził sobie z postaciami apostołów, gorzej szło mu z samym Jezusem. Jako model do najważniejszej postaci pozował przydrożny włóczęga. A jednak… krytycy wydali temu dziełu wspaniałe recenzje. Jeden z ekspertów stwierdził:

To wspaniałe dzieło Vermeera, dzięki Bogu, wydostało się z cienia, bez skazy, nietknięte, jak gdyby wyszło wprost z pracowni artysty.

Kolejni eksperci wydali równie pozytywne opinie, udowadniając, że farby i płótno pochodzą z XVII wieku, a maniera malowania obrazu nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do autentyczności obrazu. Dzieło udało się sprzedać za imponującą, jak na tamte czasy, kwotę 68 tysięcy funtów.

W sumie, dzięki swemu talentowi, Meegerenowi udało się zarobić około 4 milionów dolarów. Zgromadził imponujący majątek: był właścicielem domów, hoteli, nocnych lokali i posiadłości wypełnionych naprawdę prawdziwymi dziełami sztuki.

W stosunkowo prosty sposób udało mu się rozwiązać problem wprowadzenia do obiegu sfałszowanych obrazów. Wymyślił opowieść, która przekonywała wielu nabywców. Obrazy – według jego wersji – pochodziły od starych francuskich i włoskich rodów arystokratycznych, które zwróciły się do niego z prośbą, aby przejrzał ich kolekcję i coś sprzedał ze względu na tarapaty finansowe, w jakich się właśnie znaleźli. Właściciele tych obrazów – ze zrozumiałych względów – zobowiązali go do całkowitej tajemnicy.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze