Meegeren wpadł przez przypadek. Podczas badania zbiorów Hermanna Goeringa, największego „kolekcjonera” III Rzeszy Niemieckiej, w jego zbiorach znaleziono „Chrystusa i jawnogrzesznicę” pędzla Vermeera, jedno z najwspanialszych dzieł tego artysty. W czasie badań nad dokumentacją zagrabionych przez hitlerowców obrazów okazało się, że pierwszym sprzedawcą obrazu był Han van Meegeren. Holenderska policja szukała jednak nie tyle autora tego dzieła, ile współpracującego z Niemcami kolaboranta.

Zgodnie z przepisami, dzieła dawnych artystów podlegały ochronie państwa, zaś każdy kto je przemycał albo sprzedawał hitlerowskim dygnitarzom, stawał się kolaborantem. Za to przestępstwo groziła kara nawet dożywotniego więzienia, zaś za fałszowanie obrazów – jedynie dwa lata.

Nic dziwnego, że w tej sytuacji Meegeren przyznał się, że to on jest autorem „Chrystusa i jawnogrzesznicy”. Miał go namalować na niedokończonym starym szkicu z XVII wieku, po uprzednim dokładnym przestudiowaniu tajników warsztatu Vermeera.

 

***

Prowadzący śledztwo długo nie chcieli uwierzyć w jego samooskarżenie. Eksperci potraktowali go jak kłamcę. Meegeren, osadzony w areszcie, pod okiem świadków i specjalistów z dziedziny sztuki, namalował obraz „Jezus nauczający w świątyni”. Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania. Dopiero wtedy uwierzono w mistrzostwo fałszerza. W 1947 roku skazano go na karę jednego roku więzienia. Nie wyszedł już na wolność, zmarł dwa miesiące po ogłoszeniu wyroku. W celi, na krótko przed śmiercią, stwierdził, że – według jego wewnętrznego przekonania – tworzył obrazy tak samo dobre jak wielcy mistrzowie. Dawało to oglądającym jednakową przyjemność i dlatego uważał on, że nie oszukiwał nikogo. Jedyną różnicą był tylko podpis.

Proces sądowy Meegerena był początkiem sensacji. Dopiero na sali sądowej przyznał, że fabrykował obrazy od roku 1936. Robił to tylko dlatego, ponieważ ówcześni krytycy nie chcieli go uznać za malarza, a on za wszelką cenę pragnął, aby jego dzieła wisiały w holenderskich muzeach. I dopiął swego. Zupełnie „zapomniał” dodać, że przy okazji udało mu się zebrać pokaźny majątek…

Dr Coremans, jeden z najwybitniejszych ówczesnych ekspertów w dziedzinie malarstwa, wiele czasu spędził na analizowaniu fałszerstw van Meegerena. Doszedł do wniosku, że ten malarz był po prostu geniuszem.

Ażeby malować tak, jak malował Vermeer w swojej młodości, Meegeren musiał zastosować technikę identyczną z techniką starego mistrza w początkach jego kariery, której my nie znamy. Musiał używać identycznych materiałów i przygotowywać je dokładnie w taki sam sposób, w jaki robiono to trzysta lat wcześniej. To samo dotyczyło farb i płócien, na których powstawały obrazy. Te ostatnie były rzeczywiście autentyczne. Meegeren zeskrobywał farbę z jakiegoś kiepskiego obrazu z XVII wieku, malował od nowa po swojemu, następnie „piekł” obraz w piecu, gniótł w ręku tak, aby powstały liczne pęknięcia, wypełniał je atramentem, a następnie, aby do końca uwiarygodnić, że klient ma do czynienia z ponad 300-letnim oryginałem… zdrapywał tu i ówdzie farbę.

Gdyby van Meegeren nie przyznał się do winy – skonkludował dr Coremans – najwięksi eksperci nie mogliby z całą stanowczością podważyć autentyczności owych sfałszowanych Vermeerów… Jeszcze wiele lat po śmierci fałszerza, rzekome obrazy Vermeera badały liczne grupy ekspertów z renomowanych zachodnioeuropejskich galerii i muzeów. Później raz jeszcze wiarygodność oświadczeń holenderskiego fałszerza chciał podważyć holenderski milioner Ban Beningen, jeden z nabywców sfałszowanego obrazu. Nie mogąc się pogodzić z utratą prawie półtora miliona florenów, w 1952 roku wniósł do sądu wniosek o uznanie van Meegerena za kłamcę, jednak sprawę przegrał. Nie da się ukryć, że to właśnie po van Meegerenie pozostały najgenialniejsze z dotychczas sfałszowanych obrazów na świecie.

 

Rewelacyjni naśladowcy

Po śmierci van Meegerena w Europie nastąpił prawdziwy wysyp „genialnych naśladowców”. Niektóre prace były na tyle doskonałe, że ich autentyczność potwierdzali nawet specjaliści z chicagowskiego Art Instytut – jednego z najbardziej renomowanych ośrodków w tej branży. Do czołówki genialnych naśladowców na pewno trzeba zaliczyć mieszkającego na Ibizie węgierskiego arystokratę Elmira de Hory, autora ponad tysiąca obrazów wzorowanych na dziełach największych malarzy świata. Specjalizował się w mistrzach francuskiego impresjonanizmu i postmodernizmu. Jego falsyfikaty posiadały świadectwa autentyczności, wystawione przez żyjących krewnych malarzy albo ekspertów. Słynni kolekcjonerzy dzieł sztuki i eksperci nazwali tego potomka zrujnowanej arystokratycznej rodziny węgierskiej – jednym z najgenialniejszych fałszerzy, jakiego znała historia sztuki.

W wywiadzie dla dziennika „Le Figaro”, de Hory stwierdził m.in.: Nigdy nie kopiowałem, nie jestem idiotą, powielanie mnie nie interesuje. Zainspirowany przez niektórych twórców, byłem ich kontynuatorem, przedłużałem ich sztukę, interpretowałem ją na swój sposób, wchodziłem w ich świat. Czy mam być karany za to, że potrafię dosiadać wielu koni, podczas kiedy inni skazani są na tylko jednego rumaka?! Nigdy nie podpisałem dzieła nie swoim nazwiskiem. To marszandzi i inni artyści opatrywali moje dzieła fałszywymi sygnaturami, tworząc doskonałe falsyfikaty. Sądowi w ani jednym przypadku nie udało się udowodnić zarzutu celowego fałszowania obrazu w zamiarze oszustwa majątkowego. Dlatego wymierzono mu jedynie karę dwóch miesięcy więzienia za wejście w kontakt z przestępcami i utrzymywanie się z niewiadomych źródeł.

Innym, równie doskonałym fałszerzem, był szanowany nowojorski marszand David Stein. Zasłynął z tego, że namalował olbrzymie ilości kopii. Podrobienie Picassa, Chagalla, Miro, van Dongena i innych współczesnych malarzy nie było dla niego żadnym problemem. Falsyfikaty sprzedawał w swoich galeriach, które działały we Francji i w Stanach Zjednoczonych.

Jego pracownia podobna była trochę do laboratorium naukowca. Używał tubek z farbą, pędzli, płótna, papieru, które trzeba było odpowiednio spreparować. Często sięgał po mikroskop i sprawdzał efekt swoich prac.

Sztuka fałszerza wymaga nade wszystko cierpliwości, która jest wynikiem długoletnich doświadczeń. Stein uczył się, jak postarzyć kartkę papieru, maczając ją w herbacie, jak przy pomocy lampy kwarcowej spowodować zestarzenie materiału albo płótna, na którym malowany jest obraz. Pierwszy fałszywy obraz sprzedał w grudniu 1963 roku. Zmusił go do tego brak pieniędzy. Za 300 dolarów w jednej z galerii w dzielnicy łacińskiej w Paryżu sprzedał rysunki wykonane w stylu Jeana Cocteau, które podpisał jego nazwiskiem.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze