Dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia, po wielu próbach, posługując się albumem z dobrymi reprodukcjami, zdołał wykonać pastel van Dongena. Antykwariusz, któremu próbował sprzedać dzieło, zaczął wypytywać go o pochodzenie obrazu. Wyjaśnił, że płótno jest własnością jego ciotki, która dopiero od niedawna mieszka na południu USA. Przedtem kilka lat spędziła we Francji, w Monte Carlo, i tam właśnie zaprzyjaźniła się ze słynnym malarzem. Antykwariusz bez zmrużenia oka uwierzył w tę opowieść. Chwilę później zaproponował Steinowi 700 dolarów. Ten, dla zachowania pozorów, próbował się wprawdzie targować, ale w głębi duszy marzył o chwili, kiedy zainkasuje pieniądze. „Starałem się je przyjąć bez entuzjazmu – napisał potem w swoich pamiętnikach. – Gwiazdkę miałem już zapewnioną”.

Kilkanaście dni później, rzuca się w wir niemal „taśmowej” produkcji rysunków na serwetkach restauracyjnych. W Nowym Jorku zapanowała olbrzymia moda na takie właśnie dzieła Picassa, które mistrz zwykł niekiedy robić i wychodząc z restauracji, zostawiał je na pamiątkę właścicielowi lokalu.

Jedną z nich Stein sprzedał kolekcjonerowi z Cannes. Ten wkrótce zatelefonował do niego, twierdząc, że Picasso nie potwierdził autorstwa tego dzieła.

Z pewnością zaszła jakaś pomyłka – tłumaczył się Stein. – Proszę przysłać mi ten rysunek. Sam przedstawię go malarzowi i postaram się jak najprędzej wyjaśnić tę nieprzyjemną dla mnie sprawę.

Dzięki listowi polecającemu od jednego ze znajomych wydawców, Stein kilka tygodni później miał już umówione spotkanie z Picasso. Już na wstępie rozmowy wyjaśnił, że chciał uzyskać opinię samego mistrza na temat pewnego przypisywanego mu rysunku, który właśnie niedawno on, tj. Stein, kupił u jednego z paryskich marszandów.

Proszę pokazać – powiedział Picasso. Przez kilkanaście sekund dokładnie przyglądał się namalowanemu bukietowi kwiatów, wykonanemu nowym rodzajem pasteli, których używał w połowie lat pięćdziesiątych.

To niejasne, niejasne – przez chwilę kręcił głową, jakby z wyrazem dezaprobaty. – Ale w gruncie rzeczy odpowiada to temu, co robiłem w ostatnich latach, czemu więc miałbym odmówić.

Odwrócił rysunek i napisał na odwrocie czarnym flamastrem: To jest mój rysunek. Picasso.

 

***

Stein był uratowany. Rosła jego renoma jako dobrego handlarza dziełami sztuki. A on… dalej wykonywał genialne podróbki. Sztukę tę opanował do perfekcji.

Niekiedy zdarzało mu się pracować pomiędzy spotkaniami z dwoma różnymi klientami. Kiedy usłyszał dzwonek do drzwi, natychmiast zamykał się w łazience, aby dokładnie umyć ręce. Żona w tym czasie rozpylała w powietrzu zapach sosny, która doskonale neutralizowała zapach malarskiej farby. Ludzie potem często zachwycali się niepowtarzalnym aromatem jego pracowni!

Stein malował bardzo dużo, co szybko zaowocowało znacznym przypływem gotówki. Otworzył galerię w samym centrum Nowego Jorku, miał dwóch sekretarzy, luksusowego Rolls-Royce’a, niańkę do dziecka, dwie wspaniałe posiadłości i blisko milion dolarów rocznego dochodu. Opanowuje mnie niebezpieczne poczucie siły, dążenie aby zdobyć jeszcze więcej… – wspominał po latach tamte wspaniałe czasy.

Niestety, coraz bardziej deptała mu po piętach policja. We wrześniu 1966 roku miał kilka niebezpiecznych wpadek. Dlatego do drzwi jego mieszkania zapukał prokurator. Wprawdzie Steinowi udało się umknąć kuchennymi drzwiami, ale od tamtej pory musiał się ukrywać i coraz częściej zmieniać miejsca pobytu. Najpierw pod fałszywym nazwiskiem zameldował się w kiepskim hoteliku na Broadwayu. Później musiał przenieść się do innego stanu. Nadal fałszował obrazy, by mieć z czego żyć i jakieś pieniądze przesyłać żonie, która wraz z dwójką małych dzieci pozostała w Nowym Jorku.

Został zatrzymany w styczniu 1967 roku. Wtedy też spędził pierwszą noc w więzieniu. Cztery miesiące później sporządzono akt oskarżenia, w którym zarzucono mu wielokrotne fałszerstwo dzieł sztuki. Kiedy wychodził z gabinetu prokuratora, oczekiwał na niego całkiem spory tłum dziennikarzy. Błyskały flesze aparatów fotograficznych. Stał się prawie gwiazdą mediów. W więzieniu kilku strażników prosiło „mistrza”, aby namalował ich portrety. Stanowczo odmówił. Po odsiedzeniu sześciu lat więzienia powrócił do Nowego Jorku, gdzie już czekały na niego rzesze wielbicieli sztuki, gotowych kupić nowe fałszywki. Dla nich Stein był prawdziwym geniuszem, który maluje wedle… własnej szkoły. I dzięki temu znowu zaczął robić furorę i duże pieniądze.

 

Kłopoty z Salvadorem Dali

Podobno najbardziej eksploatowanym przez fałszerzy współczesnym artystą jest Salvador Dali (1904-1989). W dużej mierze on sam jest winien tej sytuacji. Dali był wręcz dumny, że tak często padał ofiarą przestępczej działalności fałszerzy.

Nikt by mnie nie fałszował, gdybym był tylko przeciętnym artystą – oświadczył kilka razy tonem wyższości krytykom sztuki i dziennikarzom.

Ciekawe, jaka byłaby reakcja mistrza, gdyby dowiedział się o rzeczywistej skali tego problemu, zwłaszcza jeśli chodzi o jego grafiki. Dali pozwalał zawodowym grawerom, aby przygotowywali płyty, które następnie sam tylko nieznacznie retuszował. W późniejszym czasie Dali sprzedawał prawa druku swoich prac w formie litografii i osobiście podpisywał każdą reprodukcję. Na efekty tego rodzaju działań nie trzeba było długo czekać…

W 1988 roku francuska policja otworzyła magazyn nieżyjącego już wydawcy grafik, Gilberta Hamona. Znajdowało się tam 15 ton(!) sfałszowanych dzieł Dalego (w sumie około 100 tysięcy prac), do tego wszystkiego zaś sfałszowana dokumentacja wydawnicza sygnowana rzekomo przez samego wielkiego malarza.

Oszustwo było wyjątkowo naiwne, zresztą po dziś dzień w galeriach i antykwariatach na całym świecie możemy kupić „oryginalne” rysunki mistrza, które sądząc po datach, powstały w czasie, kiedy złożony chorobą artysta nie był już w stanie utrzymać w ręku nawet ołówka.

Które z obrazów, grafik i rysunków podpisanych w ciągu ostatnich dziesięciu lat przez sławnego surrealistę są prawdziwe, a które nie? – pytał w 1983 roku na łamach zachodnich gazet – Manuel Pujon, nikomu nieznany wtedy malarz hiszpański… i od razu udzielał odpowiedzi: – Światowi kolekcjonerzy nie mogą mieć dłużej żadnych złudzeń – najwyżej co piąte jego dzieło jest oryginałem.

Jak oświadczył Pujon, na zamówienie sekretarza Dalego i jego żony, w okresie od 1974 do 1982 roku, wykonał około 400 akwarel, rysunków i litografii, które potem sprzedawano w europejskich galeriach jako oryginalne prace mistrza. W tym okresie – jak oceniał Pujon – Dali mógł stworzyć co najwyżej około stu prac. Odróżnienie falsyfikatów od oryginałów jest praktycznie niemożliwe, ponieważ korzystał on z dostarczonych mu przez wspólników arkuszy i płócien oznaczonych autentycznymi podpisami mistrza. Hiszpan twierdzi, że stary malarz o niczym nie wiedział. Aferą miała kierować jego żona Gala i kolejni sekretarze. W ciągu dziesięciu lat podobno wzbogacili się o wiele więcej, niż wynosił cały ówczesny majątek Dalego.

Rewelacje Pujona wywołały prawdziwe trzęsienie ziemi wśród handlarzy dziełami sztuki. Nigdy jednak nie udało się ich w stu procentach udowodnić, choć nigdy też nikt im nie zaprzeczył. Na pewno pozostały wątpliwości i niejasności, jakich nadal wiele jest wokół niektórych prac Dalego.

Mariusz Rogoźnicki

< 1 2 3 4 5

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze