Jakże byłoby pięknie mieć tysiące, setki tysięcy, żyć jak królowie! – rozmarzył się Zdzisław Szczepkowski, były konserwator w spółdzielni mieszkaniowej „Rekord” na warszawskiej Woli, wyrzucony z pracy za nadużywanie alkoholu.

Jego rozmówca – Jerzy Świątek – również były pracownik techniczny spółdzielni, słuchał z uwagą, w tym samym skupieniu nalewając do głębokich literatek po kolejnej „setce” czystej wódki. Panowie wychylili do dna, zagryźli chlebem ze smalcem i zadumali się nad szarzyzną własnego życia oraz wizją wielkiej fortuny.

Temat szybkiej poprawy losu powracał w ich alkoholowych dyskusjach wielokrotnie. Gdzie można było szybko „zarobić” wielkie pieniądze? Znali tylko jedno takie miejsce – u ich dawnego pracodawcy, który zresztą obu wyrzucił za picie w miejscu pracy.

Wystarczyłoby tylko przejąć kasetkę z pieniędzmi spółdzielni. Co miesiąc zapełniała się wpływami z tytułu czynszów od kilku tysięcy członków. – Raz widziałem rozliczenie. Kasjer przy mnie zliczał! Było tego ze 150 tysięcy! – opowiadał wyraźnie podekscytowany Szczepkowski.

Z rozmowy na rozmowę, z popijawy na popijawę, u kompanów zaczął dojrzewać śmiały plan.

– A gdyby tak zwinąć im kasetkę z utargiem? No niechby i tylko miesięcznym! To by nas ustawiło do końca życia. Żylibyśmy niczym królowie! – snuli marzenia. Nawet nie wiedzieli, kiedy zaczęli podchodzić do sprawy poważnie. Litry wypitej wódki pozwoliły im zapomnieć, że na początku traktowali to tylko jako fantazję.

Jerzy Świątek – były saper w Wojsku Polskim – miał znajomego. Po jednej z popijaw, gdy znów całą noc, oprócz wódki, raczyli się wizjami bogactwa i nawzajem upewniali, że „zrobią to”, wybrał się do Ostrołęki, do kolegi nazwiskiem Józef Byczyk. Znali się jeszcze z wojska. Byczyk, który też służył w jednostce saperskiej, od zawsze miał zamiłowanie do zabawek dla prawdziwych mężczyzn. Po obaleniu butelki bimbru, którą zakupił w miejscowej melinie, pochwalił się przyjacielowi swoim arsenałem. We wnęce pod podłogą trzymał trzy poniemieckie granaty z czasów drugiej wojny światowej i pistolet Mauser. Wszystko to zostawił mu ojciec, były partyzant Armii Krajowej, który kilka lat po wojnie zmarł.

– Jak trzeba ci pomóc Jurek, to trzeba – Byczyk wskazał na zawiniętą w szmatkę broń. Dopili flaszkę, potem gospodarz otworzył drugą, a że lodówka świeciła pustkami, ugotował w garnku ziemniaki, którymi zagryzali, upijając się nieomal do nieprzytomności.

Na drugi dzień Świątek zapakował do torby „podarunek” od kolegi, wsiadł do autobusu i wrócił do Warszawy. Wspólnie ze Szczepkowskim ustalili, że skok należy przeprowadzić po 10 sierpnia.

Wtedy spółdzielnia będzie miała pełną kasę z czynszów. Ile tego może być? Wystarczająco dużo, by do końca życia pławić się w luksusie.

– 20 tysięcy członków – po 80 zł czynszu daje jakieś 160 tysięcy – wyliczali.

Bajeczna suma – biorąc pod uwagę, że przeciętne roczne wynagrodzenie w 1952 roku wynosiło niecałe 8000 zł. Miesięcznie w tamtym czasie zarabiało się średnio 660 zł.

Zaopatrzeni w broń, podjęli decyzję: zaatakują kasjera. Zrobią to, kiedy wyjdzie z miejsca pracy i jak zwykle uda się do najbliższego banku spółdzielczego, by tam wpłacić cały utarg. To była ich okazja.

 

Dla kurażu

Był piękny letni dzień 12 sierpnia 1952 roku. Kronika filmowa nadawała uroczystości z okazji obchodów 40–lecia bolszewickiej „Prawdy”. Płomienne przemówienie o zasługach pisma na drodze budowy światowego socjalizmu wygłaszał m.in. premier Józef Cyrankiewicz. W radiu leciały prawie wyłącznie utwory patriotyczne i ideologicznie słuszne. Proletariacki naród polski zasłuchiwał się w takich pieśniach jak: „Ukochany kraj!” Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze (muzykę rozrywkową wprowadzano stopniowo dopiero od śmierci Stalina w 1953 roku).

Tego dnia Zdzisław Szczepkowski już wcześnie rano zjawił się u przyjaciela. Obaj byli mocno zdenerwowani. Świątek zrobił gościowi kawę zbożową i poczęstował kanapką z cebulą. Co tu robić? Do zamknięcia biura zostało kilka godzin. Dopiero około 15.00 kasjer wychodził z kasetką pełną forsy.

– A może by coś tak…. – Świątek nie czekał na koniec zdania. Wiedział doskonale, o co chodzi koledze.

Głupio było przyznać, ale mieli stracha. Sięgnął po dwie szklanki, z szafy wyciągnął butelkę, następnie obrał kilka główek cebuli na zagrychę. Trzeba było zaprawić się dla kurażu.

Tak minęło klika godzin. W międzyczasie, po jednej półlitrówce, pękła i druga. Przyjaciołom języki zaczęły się plątać, jednak nie zapomnieli, że mają jeszcze „robotę” do wykonania.

– Zdzisiek, wstawaj! Wpół do trzeciej! – Świątek klepał Szczepkowskiego, który po tym, jak podniósł się z krzesła, miał spore problemy z utrzymaniem pionu. – Wstawaj Zdzisiek, idziemy po te miliony! – rzekł głośniej i mocniej stuknął kolegę, któremu się przysnęło.

Po wyjściu świeże powietrze nieco ich ocuciło. Pewniejszym krokiem udali się w stronę przystanku autobusowego. Akurat nadjechał „ogórek”. Kilkanaście minut później wysiedli obok siedziby spółdzielni. Przycupnęli na ławce po drugiej stronie ulicy i przyglądali się drzwiom wyjściowym.

– A może by tak, Zdzichu, odpuścić? – Szczepkowski spojrzał na przyjaciela.

– Co ty? Zobaczysz, pójdzie nam jak z płatka – odparł kumpel z niezachwianą pewnością.

Wypite pół litra wódki na głowę hamowało wszelkie wątpliwości. Humor go nie opuszczał. O mało nie wygadał się o napadzie już w autobusie, gdy wdał się w rozmowę z jakąś babcią, przewożącą w koszyku warzywa.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze