Ucieczka

Po 15.00 księgowy spółdzielni mieszkaniowej „Rekord”, mieszczącej się przy ulicy Siennej na warszawskiej Woli, wyszedł z budynku. Towarzyszyło mu dwóch pracowników działu technicznego, którzy jak zwykle „konwojowali” do banku kasjera z pieniędzmi.

– Wstawaj Zdzichu! Są! – Świątek klepnął przyjaciela i z trudem się podniósł.

Następnie obaj przeszli na drugą stronę ulicy, podtrzymując się dla pewności. Gdy zbliżyli się do pracowników spółdzielni, ci nie rozpoznali od razu złych zamiarów.

– Świątek! Co ty tu… – kasjer nie zdążył wypowiedzieć całego zdania, gdy ujrzał poniemieckiego Mausera.

– Dawaj forsę! – usłyszał.

– Coś ty, zgłupiał? Jurek? – kasjer próbował dyskutować.

– Dawać forsę, bo zabijemy! – Szczepkowski wyciągnął z torby granat – Rozpieprzymy was w powietrze! – gdy mówił, język cały czas mu się plątał, ale czerwona od alkoholu twarz zdradzała zacięcie.

Po drugiej stronie ulicy kilka osób przystanęło. Po chwili zrobiła się z tego niemała grupa, przyglądająca się w napięciu rozwojowi sytuacji. W końcu kasjer widząc, że napastnicy nie żartują, rzucił im na ziemię zamkniętą torbę z kasetką pełną pieniędzy. Szczepkowski schylił się po nią, o mało nie upadając.

– Co wy? Schlali się i wariują? – zaśmiał się jeden z konwojentów.

– Zamknij gębę, bo łeb ustrzelę! – usłyszał w odpowiedzi.

Szczepkowski z najwyższym trudem zdołał podnieść torbę z chodnika, po czym razem ze Świątkiem puścili się biegiem na drugą stronę ulicy. Ich ruchy wskazywały, że są już bardzo mocno „zmęczeni”. Po drodze Świątkowi wypadł z rąk pistolet, co wywołało salwę śmiechu wśród gapiów.

– Wołajcie milicję! – krzyknął ktoś z tłumu. Ludzie byli podminowani. – Oni są zalani w trupa! – Daleko nie uciekną – krzyknął inny. – Łapać ich!

Hasło podziałało. Takiego pościgu Warszawa w swojej historii nie widziała. Za dwójką słaniających się na nogach rabusiów puściła się grupa kilkunastu mieszkańców wraz z obrabowanym kasjerem i pracownikami. Pijani uciekinierzy gonili co sił w nogach, jednak pół litra na głowę robiło swoje. Z trudem łapali oddech. Wbiegali na ulice prosto przed maski nadjeżdżających samochodów. Na przełaj pokonywali skwery i place zabaw. W końcu zabrakło im sił. Ciężko oddychając, oparci o drzewo, ujrzeli grupę pościgową. Świątek nie namyślając się, rzucił na ziemię torbę pełną forsy. Banknoty rozsypały się na jezdni, niektóre wirowały podrywane przez wiatr. To jednak nie zatrzymało rozwścieczonego tłumu. Po kilkuset metrach „gangsterzy” leżeli na chodniku, obezwładnieni przez mieszkańców. Kilkanaście minut później w kajdankach wsiadali do służbówki Milicji Obywatelskiej.

 

***

O napadzie z bronią w ręku na ulicy Siennej w Warszawie szeroko rozpisywało się „Życie Warszawy”, piętnując sprawców. Zostali określeni mianem awanturników, pijaków oraz bikiniarzy. To ostatnie pojęcie było w latach 50. wyjątkowo często używane przez władzę, by napiętnować realnych bądź fikcyjnych „wrogów ludowych”.

Pod hasłem bikiniarstwa kryła się subkultura młodzieżowa, próbująca nawiązywać ubiorem i sposobem zachowania do stylu życia młodzieży z Zachodu. W nomenklaturze partyjnej określenie funkcjonowało jednak jako synonim odszczepieńca, wroga, przeciwnika socjalistycznej ojczyzny.

Tuż po zatrzymaniu, badanie krwi wykazało u Świątka i Szczepkowskiego po 3 promile alkoholu w organizmie. Broń, którą sterroryzowali kasjera spółdzielni była nienabita i zepsuta. Mimo to sąd nie miał dla sprawców wyrozumiałości. Za napad w alkoholowym zwidzie skazał obu na 15 lat za kratkami. Sen o milionach i życiu w luksusie, skończył się bolesnym i trzeźwym przebudzeniem – w więzieniu.

 

Pijany PRL

Przytoczona powyżej historia brzmi strasznie i śmiesznie zarazem. W realiach epoki „słusznie minionej” wcale nie była czymś wyjątkowym. Wręcz przeciwnie – można powiedzieć, że mieściła się „w normie”, bowiem przestępstwa w alkoholowym zwidzie zdarzały się bardzo często. Przykłady zresztą szły od władzy. Niejednokrotnie za alkoholowymi ekscesami z bronią w ręku stali funkcjonariusze UB czy też SB, a świeżo po wojnie oficerowie Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Wystarczy wspomnieć o takiej postaci jak generał Karol Świerczewski (oryginalne nazwisko to Tenenbaum), którego PRL honorowała wizerunkiem na banknocie 50-złotowym oraz jego imieniem tytułowała ulice. Generał „co się kulom nie kłaniał”, poza tym, że był wysoce nieudolnym oficerem, miał zwyczaj zaczynania dnia od wypicia kubka czystego spirytusu. Obowiązek dostarczenia napitku ciążył na jego adiutancie. Podczas wielogodzinnych popijaw generałowi zdarzało się m.in. wymierzać sprawiedliwość dezerterom. Dokonywał egzekucji kompletnie zalany, wyrwany wprost z libacji, często w samej bieliźnie.

Podobnych przykładów jest wręcz na pęczki. W latach 40. na Śląsku terror szerzył m.in. komendant Milicji Obywatelskiej – Stanisław Kogut, który podczas przesłuchań w pijackim widzie maltretował niewinnych ludzi bądź ich rozstrzeliwał.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]