Nie ma chyba innego zagadnienia, które częściej przewijałoby się we wspomnieniach z okresu tzw. radosnego socjalizmu, niż sprawy związane z nielegalną produkcją alkoholu i jego późniejszym spożywaniem. Pomimo prawnych zakazów i milicyjnych poszukiwań, poprzedzonych często doniesieniami sąsiadów, wielu Polaków w PRL-u pędziło bimber. Każdy  „producent” według własnej receptury.

 

Najprostszy i najpopularniejszy przepis na tzw. samogon to 1410. Pamiętna data bitwy pod Grunwaldem oznaczała recepturę o sprawdzonych proporcjach: 1 kilogram cukru, 4 litry wody i 10 dekagram drożdży. Niestety realizacja przepisu w praktyce napotykała na trudności związane z dostępnością cukru, który swego czasu podlegał reglamentacji i podobnie jak normalna wódka – był na kartki. Słynne więc u Barei filmowe badanie zawartości cukru w cukrze nie było łatwe. Tutaj także początek swój ma powiedzenie: „Polacy to artyści, zrobią bimber nawet z liści”. I robili! Z najróżniejszych surowców zawierających cukier, jak choćby landrynki, najtańsze cukierki, tzw. sztuczny miód, przeterminowane dżemy i konfitury.

Destylowano też wino, wytwarzane z owoców z własnego ogródka, fermentowano ryż i płatki owsiane, zaś na wsi – ziarno przemielone w tzw. śrutowniku, czyli mąkę razówkę. Byli także specjaliści, którzy potrafili przefermentować zmielony makaron, albo krowie mleko. Oczywiście wszystkie te surowce stanowiły materiał do fermentacji, w wyniku której powstawał tzw. zacier, zawierający kilka procent alkoholu. Zacier destylowano i wytwarzano z niego produkt zawierający alkohol, w stężeniu zbliżonym do spirytusu. Im lepszy fachowiec, tym wyższy procent.

Różnorodność metod i receptur była tak duża, że jeden z wykładowców ówczesnej Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie wstawiał od ręki zaliczenie z wykładanego przez siebie przedmiotu, jeśli słuchacz był w stanie podać mu recepturę na samogon, której on w swoich zbiorach jeszcze nie miał. Słuchacze regularnie dostarczali mu takie receptury. Niestety tajemne przepisy nie zostały opublikowane w żadnej książce czy też pracy naukowej. A szkoda, bo to przecież kawał historii polskiego, powiedzmy: nieoficjalnego, gorzelnictwa…

 

W mieście

Problem zaczął się od milicyjnego nalotu na warsztat samochodowy Artura U. w S., w marcu 1983 roku. Milicjanci prowadzili akcję poszukiwawczą samochodu, który brał udział w wypadku drogowym, w wyniku którego zginął pieszy. Kierowca uciekł z miejsca zdarzenia. Funkcjonariusze podejrzewali, że samochód mógł być naprawiany we wspomnianym warsztacie, więc przeprowadzili jego drobiazgowe przeszukanie. Żadnych dowodów w sprawie wypadku nie znaleźli, ale na zapleczu warsztatu odkryli kompletną instalację do destylowania bimbru. Jak w większości przypadków, składała się ona z metalowej bańki na mleko, wężownicy zrobionej z elementu chłodzącego do lodówki, oraz pokrywy z przyspawaną rurką. Zapach uwalniający się z instalacji nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Milicjanci zabezpieczyli sprzęt, a właściciela warsztatu oskarżyli o nielegalną produkcję alkoholu, choć nie znaleźli gotowego produktu.

Podczas rozprawy właściciel warsztatu bronił się twierdząc, że oprzyrządowanie wykorzystywał w celu destylowania wody, niezbędnej do uzupełniania jej w akumulatorach. Sąd jednak nie dał wiary jego tłumaczeniom. Nie pomogły też argumenty, że równie kompletną szklaną aparaturę do destylowania można kupić w sklepie. Chcąc uwiarygodnić swoje wyjaśniania podał nawet dokładną nazwę sklepu. Był to sklep Centrali Zaopatrzenia Szkolnictwa, w skrócie CEZAS.

Także i tego argumentu sąd nie wziął pod uwagę, a właściciel warsztatu został skazany na karę pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu oraz grzywnę. Nad jego wyjaśnieniami pochylili się jednak milicjanci i wybrali się do sklepu CEZAS na kontrolę. Destylatorów nie było akurat w sprzedaży, ale z zabezpieczonej dokumentacji wynikało, że tylko w ciągu poprzedniego roku sprzedano tutaj 50 szklanych zestawów. Wszystkie zamówienia pochodziły ze szkół w S., tylko że ich liczba dwukrotnie przekraczała liczbę szkół znajdujących się w tym mieście, włącznie z podstawówkami. Już pierwsze kontrole wykazały, że żaden destylator nie trafił do szkolnych pracowni chemicznych. Po dokładnym sprawdzeniu okazało się, że tylko w jednej szkole średniej pracownia chemiczna była wyposażona w zestaw do destylacji, ale i ten nie został kupiony za pośrednictwem CEZAS.

Kierownik sklepu został oskarżony o fałszowanie dokumentów i spekulowanie towarem, co w czasach socjalizmu było karalne. Został także dyscyplinarnie zwolniony z pracy. Niestety, ten starszy już człowiek nie wytrzymał presji i zmarł z powodu wylewu krwi do mózgu zanim jeszcze akt oskarżenia został skierowany do sądu.

Z przygotowanych w tej sprawie materiałów wynikało, że sfałszowane były wszystkie zamówienia ze szkół na podstawie których w ostatnich latach sprowadzano i sprzedawano szklane zestawy do destylacji — w sumie zhandlowano ponad 200 sztuk. No cóż, przynajmniej w tej okolicy wielu „domowych gorzelników” nie narzekało na posmak metalu, jaki miewał ich wyrób, kiedy używali skraplaczy skonstruowanych z miedzianych rurek od lodówek…

 

Na wsi

Zupełnie inny przebieg miała milicyjna operacja, która w 1980 roku została przeprowadzona w okolicach Z., na wschodniej ścianie Polski, słynnej zresztą z domowego wyrobu alkoholu.

Zaczęło się bardzo niewinnie – od awarii linii technologicznej w cukrowni w Z. Awaria spowodowała przedostanie się jakichś substancji do półproduktu zwanego melasą. Powstała konieczność wycofania dużych partii z dalszej produkcji. Substancja ta, bogata w nieodciągnięty jeszcze cukier, była bardzo tanio sprzedawana rolnikom jako dodatek paszowy dla zwierząt, w tym przy hodowli bydła mlecznego. Rolnicy chętnie odkupywali syrop, więc cukrownia szybko pozbyła się problemu i rozpoczęła ponownie produkcję na zreperowanej linii technologicznej.

 

Równie szybko do milicjantów w Z. dotarły informacje o tym, że żaden z rolników nawet nie pomyślał o karmieniu syropem zwierząt w swoim gospodarstwie. Na tych terenach produkcja samogonu była bardzo popularna, więc do przywiezionego z cukrowni syropu dodawano wodę i drożdże, dzięki czemu powstawał zacier – pierwszy etap w produkcji bimbru. Niektórzy rolnicy odebrali z cukrowni nawet kilkaset litrów rozcieńczonego cukru! W dodatku wielu z nich dopiero teraz odkryło, że nawet zwykła melasa, sprzedawana przez cukrownie jako tani produkt uboczny, wyśmienicie nadaje się właśnie do produkcji samogonu.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze