Po otwarciu mieszkania okazało się, że wybuchł 50-litrowy szklany gąsior z zacierem, umieszczony w sprytnej skrytce za szafą. Skrytka była precyzyjnie wykonana i dobrze ukryta. Nie znaleźli jej nawet milicjanci, którzy wcześniej przeszukiwali mieszkanie Jerzego M. Wybuch był tak silny, że przewrócił szafę i odkrył schowek. Znaleziono w nim nie tylko destylator, ale także narzędzia do dokonywania włamań oraz część przedmiotów pochodzących z ostatniej kradzieży w sklepie.

Uznano, że fermentacja w słoju wytworzyła duże ciśnienie gazów, co — w połączeniu z prawdopodobnym zatkaniem się rurki odprowadzającej gaz — doprowadziło do rozerwania naczynia. Jerzy M. oprócz odpowiedzialności za włamania został także oskarżony i ukarany za nielegalną produkcję alkoholu, co w jego sytuacji było tylko niewinnym występkiem.

Kłopoty z zacierem miał także jeden z mieszkańców Ł. W październiku 1986 roku, przechodzący w rejonie jego bloku milicyjny patrol zauważył, że z okna mieszkania na drugim piętrze wycieka po elewacji jakaś lekko brązowa ciecz. Zaciek był spory i dotarł już do fundamentów czteropiętrowego bloku. Milicjantom wystarczyło powąchanie tej cieczy, aby zrozumieć, co płynie po ścianie budynku. Silny zapach drożdży dokładnie wskazywał na alkoholową fermentację. Ponieważ drzwi do mieszkania były zamknięte i nikogo nie było w środku, milicjanci postanowili zaczekać na właściciela.

Czujni sąsiedzi zdążyli go jednak uprzedzić o wpadce, więc ten ociągał się z powrotem do domu, obserwując wszystko ze sklepu po drugiej stronie ulicy, a potem z ukrycia w sąsiednim bloku. Miał nadzieję, że po godzinie 22.00 milicjanci pójdą sobie. Kiedy jednak zobaczył, że oczekujących podmieniają koledzy, wyraźnie szykując się na nocne czekanie, ujawnił się i otworzył drzwi swojego mieszkania.

Milicjanci po wejściu do łazienki zobaczyli to, czego się spodziewali. Szklany słój z zacierem miał -zgodnie ze sztuką bimbrowniczą i winiarską – założoną rurkę odprowadzającą gaz powstający podczas fermentacji. Pomysłowy bimbrownik, chcąc uniknąć rozchodzenia się charakterystycznego zapachu po mieszkaniu i klatce schodowej, założył na tę rurkę gumowy wężyk, który wyprowadził dyskretnie za okno, aby zapach wychodził na zewnątrz.

Był to bardzo dobry pomysł, który zapewne długo okazywał się skuteczny, ale pod warunkiem, że fermentacja przebiegała powoli i spokojnie. Pojawiła się jednak okoliczność niesprzyjająca tej cichej działalności gorzelniczej. Pod koniec października, Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej w Ł. rozpoczęło sezon grzewczy. Temperatura w mieszkaniu szybko wzrosła, fermentacja przyspieszyła i zacier wykipiał, lejąc się po ścianie budynku. W łazience milicjanci znaleźli także kompletną aparaturę do destylacji, zmyślnie ukrytą i wbudowaną w łazienkowe szafki tak, że nie były one zauważalne.

Pomysłowość nie uchroniła jednak bimbrownika przed odpowiedzialnością i stanął on przed sądem.

 

Najciemniej pod latarnią

W walce z nielegalną produkcją alkoholu milicyjne komendy sięgały też po sposoby bardziej wyrafinowane, niż reagowanie na donosy sąsiadów, czy czekanie na relacje swoich informatorów. Bardzo skutecznym środkiem były psy tropiące, wyszkolone do wykrywania zapachu samogonu oraz wspomnianego już półproduktu, czyli zacieru. Stanowiły one perfekcyjną broń w walce z tym zjawiskiem, gdyż doskonale wykrywały wszelkie przemyślne skrytki i schowki, wykonywane przez pomysłowych amatorów własnoręcznie wyprodukowanego alkoholu.

Dosyć głośno było o zdarzeniu, które miało miejsce w bloku zamieszkanym wyłącznie przez milicjantów i strażników więziennych. Milicjanci pracujący z psem tropiącym postanowili odpocząć chwilę w mieszkaniu jednego z kolegów. Kiedy więc weszli do budynku, pies dosłownie zwariował i zaczął biegać od drzwi do drzwi, wyraźnie sygnalizując, że w mieszkaniach znajduje się samogon albo zacier. Milicjanci musieli zdezorientowanego czworonoga siłą odciągać od tych drzwi, po czym szybko opuścili blok, rezygnując ze zrobienia sobie przerwy.

Podobna niezręczna sytuacja powstała w jednym z miast śląskich w 1980 roku. Tam właśnie, na podstawie anonimowego doniesienia, złapano mężczyznę na gorącym uczynku nielegalnej produkcji alkoholu. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że ów amator domowego  pędzenia  mieszkał w tym samym bloku, na tym samym piętrze, dosłownie drzwi w drzwi, z… wysokim stopniem i stanowiskiem oficerem milicji. Ustalono, że proceder prowadzony był na szeroką skalę, zaś bimbrownik zaopatrywał jedną z melin handlujących nielegalnie alkoholem. Dostarczał im około 20 litrów produktu samogonu tygodniowo!

Sąsiad, ów wysoki funkcjonariusz milicji,   twierdził, że o niczym nie wiedział, i że sam jest wzburzony jego bezczelnością. Zatrzymany „producent” twierdził z kolei, że za ten brak spostrzegawczości oficer milicji „opodatkował go” i kazał sobie tygodniowo dostarczać litr gotowego produktu wysokiej jakości. Oczywiście za darmo i pod rygorem natychmiastowego zakończenia działalności w przypadku braku opłaty. Miało to trwać przez kilka lat, a wyrób był tak wysokoprocentowy, że jego litr wystarczał na sporządzenie czterech butelek wódki.

Nie dano wiary w opowieści zatrzymanego bimbrownika, choć problemy z nadmiernym spożywaniem alkoholu przez wspomnianego oficera nie były dla nikogo tajemnicą.

 

Dariusz Gizak

Niektóre okoliczności zdarzeń zostały zmienione.

 

 

 

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze