Państwo Kalinowscy nie mogli doczekać się soboty. Zaczynały się ferie, a to oznaczało, że ich ukochane wnuki zjadą do nich na całe dwa tygodnie. Mieli dwie córki i syna.

Kobiety wcześnie założyły rodziny i wyprowadziły się do miasta. Najmłodsze dziecko – Andrzej – niedawno skończył 18 lat i mieszkał z rodzicami na wsi. Zapowiadało się, że zostanie na gospodarce, co niezmiernie cieszyło państwa Kalinowskich. Podejrzewali, że na wnuki ze strony syna przyjdzie im jeszcze trochę poczekać, bo młody chciał się jeszcze wyszumieć. Nie ubolewali nad tym zbytnio, bo Joasia i Karolinka obdarowały ich łącznie pięciorgiem wnucząt. Joasia miała dwóch synów: 9-letniego Pawełka i 7-letniego Michałka, a Karolinka 10-letniego Piotrusia, 8-letniego Marcinka i roczną Justynkę.

Do dziadków na ferie przyjechali tylko chłopcy, bo Justyna była jeszcze malutka i jej mama nie miała sumienia obciążać rodziców. Zdawała sobie sprawę, że i tak będą mieli pełne ręce roboty z czterema ancymonami.

Wreszcie nastała upragniona sobota. Państwo Kalinowscy czekali na wnuków z prezentami. Z niemałym trudem upolowali dla nich wedlowskie czekolady, ptasie mleczko i pomarańcze. Nie wiadomo, z czego chłopcy cieszyli się bardziej – z ferii czy z łakoci. Sobota minęła pod znakiem wielkich emocji, śmiechu i zabaw. W mgnieniu oka przed domem stanęły dwa wielkie bałwany. Dziadkowie mieli obiecane, że niebawem tych bałwanów będzie dwadzieścia!

– Oby wam tylko śniegu wystarczyło – zaśmiewał się z pomysłu dziadek.

– Jak zabraknie, to wyczarujesz – postanowił najmłodszy Michałek.

Dziadek znany był z organizowania zabaw wnukom. Znał też kilka prostych sztuczek. Wnukom wydawały się czarodziejskie.

Niedzielny poranek przeszył wrzask Michałka. Domownicy zerwali się na równe nogi i pobiegli do pokoju, w którym spał. Chłopczyk siedział na łóżku i zanosił się płaczem. Próbował mówić, ale nikt nie rozumiał, o co mu chodzi. Babcia już chciała wzywać lekarza, a Pawełek, Piotruś i Marcinek stali jak wryci.

Kiedy chłopczyk trochę ochłonął, powiedział wreszcie co się stało.

– Ktoś zjadł moje ptasie mleczko – wykrztusił i znowu się poryczał, nie mogąc przeboleć straty.

– To niemożliwe – zawyrokowała babcia. – Jakby ktoś zjadł na raz paczkę ptasiego mleczka, to by się rozchorował.

– Ale to nie była cała paczka… –  wydukał Michałek, spuszczając oczy. – Zjadłem wczoraj prawie całą górną warstwę – spowiadał się babci. – Ale została jeszcze większa połowa! – dodał rozżalony.

– To dlatego nie chciałeś jeść kolacji – zdenerwowała się babcia.

Do akcji wkroczył dziadek:

– Kto zjadł ptasie mleczko Michałka? – zapytał wnuków. I się zaczęło…

Jeden przez drugiego zaczęli się przekrzykiwać:

– To  nie ja, to nie ja.

– Mówcie prawdę! W tym do­mu nie wolno kłamać – pouczał dziadek.

– Może to wujek Andrzej? – roześmiał się najstarszy Piotruś. – Albo krasnoludki – mądrzył się dalej.

– Ja tam wolę piwko niż słodkoś­ci – skomentował Andrzej, który też przyszedł do pokoju i ze zdziwieniem przyglądał się awanturze.

– Andrzeju! – zgromiła go pani Kalinowska.

– Koniec żartów – zadecydował dziadek. – Nie chcecie się przyznać, to prawda sama wyjdzie na jaw. Macie tu wszyscy zostać – powiedział, wychodząc z pokoju. Wrócił po kilku minutach:

– W kuchni na podłodze postawiłem wiadro z zimnym popiołem. Każdy z was ma zanurzyć w nim dłonie…

– Zwariowałeś – nie wytrzymała babcia.

Kalinowski zrugał ją spojrzeniem i ciągnął dalej:

– Babcia też musi to zrobić. Może to ona zjadła ptasie mleczko? – uśmiechnął się pod wąsem.

– Po co mamy to zrobić? – dopytywał się Piotruś.

– Łakomczuch będzie miał prawdę wypisaną na dłoniach… – powiedział tajemniczo dziadek. – Każdy wchodzi pojedynczo, zamyka drzwi i dopiero wsadza dłonie do wiadra – instruował dziadek.

Skąd dziadek wiedział, kto zjadł ptasie mleczko?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze