Mimo początkowego oporu, a przynajmniej ostrożności, kobieta z każdym dniem brnęła w pozamałżeński układ. Spotykała się ze Sławkiem w ich stodole, gdy dzieci były w szkole, a Paweł w robocie. Wypadało po 5-6 razy w miesiącu. Początkowo bez kontaktów intymnych tulili się do siebie, rozmawiali o różnych sprawach, o których nie miała okazji pogadać z mężem, wreszcie doszło między nimi do miłosnego zbliżenia, które przypieczętowało ten romans. Elżbieta z wypiekami na twarzy wspominała te ekscytujące momenty, niecierpliwie czekała na kolejną schadzkę, wyglądała przez okno, czy gdzieś polną drogą obok domu na obrzeżach wsi nie przemknie cień kochanka.

 

Jak pozbyć się męża

Wkrótce konsekwencje romansu stały się jeszcze wyraźniejsze. Latem 1999 roku Elżbieta zaszła z kochankiem w ciążę i po dziewięciu miesiącach urodziła córkę, piąte dziecko w rodzinie. Paweł nie miał wątpliwości, że on jest ojcem, bo choć żona w ostatnim czasie ograniczyła z nim kontakty seksualne, to od czasu do czasu do nich dochodziło. Nie miał więc powodu, by coś podejrzewać. Musiał raczej zakasać jeszcze bardziej rękawy, bo – jak to się mówi na wsi – miał kolejną gębę do wyżywienia. Zwłaszcza że o programie 500 plus jeszcze nikt wtedy nie słyszał.

     Elżbieta nie wyprowadzała męża z błędu, chociaż przeżywała dylematy moralne i zastanawiała się nawet nad rozwodem.

Była jednak pewna, że Paweł nigdy na to nie pozwoli. Zimą 2002 roku planowała wyprowadzić się do swojej siostry, ale nie godził się na to jej 17-letni syn, który chciał być z obojgiem rodziców. Sławek namawiał kochankę, aby rzucić wszystko i wyjechać za granicę, na przykład do Niemiec lub w inną część Polski, jednak na podjęcie takiego kroku potrzebne były pieniądze, których nie mieli. Ostatecznie Elżbieta postanowiła zamieszkać w osobnym pokoju, choć Paweł mocno to przeżywał i kazał jej wracać do małżeńskiego łoża. Bez skutku.

Nadal tkwił w zaślepieniu, zgodnie z zasadą, że mąż dowiaduje się ostatni. Paweł był klasycznym tego przykładem. W listopadzie 2002 roku sytuacja dwojga kochanków stała się jeszcze dramatyczniejsza, albowiem Elżbieta znów zaszła w ciążę – oczywiście ze Sławkiem. Tymczasem pożycie małżeńskie z Pawłem praktycznie nie istniało od wiosny, gdy ostatni raz się z nim przespała. Obawiała się, że widząc jej rosnący brzuch w końcu i małżonek przejrzy na oczy, a wtedy niech Pan Bóg się nad nią zlituje… Nie było czasu na myślenie. W takiej sytuacji trzeba było działać. Kochankowie chwytali się różnych pomysłów. Sławek planował na przykład, że zabije Pawła w miejscu jego pracy, czyli w kotłowni, gdzie łatwiej zatrzeć ślady, albo potrąci go kradzionym samochodem, pozorując wypadek drogowy. Elżbieta nie protestowała, bo te pomysły wyrażały jej oczekiwania, a nawet życzenia. Gotowała była na radykalne posunięcia i gdy w połowie stycznia 2003 roku Sławomir oświadczył jej zdecydowanie, że zabije Pawła, udzieliła mu swoistego błogosławieństwa. Stanęło na tym, że ukradnie samochód i upozoruje nim śmiertelny wypadek.

Trzy dni później kochanek pojechał z samego rana do pobliskiego Olsztyna i dotarł do cichej uliczki Kołobrzeskiej, gdzie zaczaił się przed szeregiem prywatnych garaży.

Obserwował je pewien czas, taksował sylwetki właścicieli, oceniając, czy poradziłby sobie z nimi…

Wreszcie przed godziną 8 zauważył starszego, drobnego mężczyznę, jak wchodzi do jednego z garaży, a potem wyjeżdża z niego oplem astrą i wysiada z wozu, by zamknąć drzwi. Gdy mężczyzna zamknął lewe skrzydło i wszedł do środka, Sławomir O. podbiegł do garażu i próbował zatrzasnąć drugie skrzydło, pozostawiając mężczyznę wewnątrz. Bezskutecznie, ponieważ drzwi miały blokadę uniemożliwiającą samoczynne zamknięcie się drzwi w chwili wyjazdu pojazdu z garażu. Gdy więc napastnik zmagał się z drzwiami, zauważył to właściciel auta, pytając: „Co ty robisz, człowieku?”. Wtedy Sławek wpadł do środka, pchnął go, aż ten wywrócił się na posadzkę. Złapał metalowy pręt, którym zaczął bić właściciela w głowę, zadając mu w sumie trzynaście ciosów. Gdy zakrwawiony i nieprzytomny mężczyzna przestał się ruszać, pozostawił go w środku, zamknął garaż na kłódkę, wsiadł do wozu i odjechał, zabierając ze sobą 70-centymetrowy pręt oraz klucze od pomieszczenia.

Tymczasem Romuald P., nikomu niewadzący właściciel opla nie pojawił się tego dnia w pracy, co wzbudziło zaniepokojenie kolegów i przełożonych. Pytana o powody nieobecności żona P. odparła, że jak zwykle wyszedł z domu, ale po drodze miał jeszcze zajechać do przychodni lekarskiej. Spojrzała przez okno w stronę garażu i stwierdziła, że drzwi były zamknięte. Była pewna, że wyjechał, a jeśli nie ma go w biurze, dlaczego nie zadzwonił z informacją, że zmienia plany. Gdy przez cały dzień nie odpowiadała również jego komórka, pani P. powiadomiła o tym zięcia, który zadzwonił na policję z pytaniem, czy na komendzie nie odnotowano jakiegoś zgłoszenia. Gdy nie uzyskał żadnych informacji, przyjechał pod garaż teścia, a że miał zapasowe klucze, otworzył drzwi i w półmroku dojrzał sylwetkę leżącej postaci. Włączył światło i stało się jasne, że to Romuald P. z głową w kałuży krwi. Sine ręce nie pozostawiały złudzeń – mężczyzna nie żył. Kilka godzin wcześniej jeszcze miałby szansę na przeżycie…

 

Zasadzka na konkurenta

W tym czasie Sławomir O. wraz z kolegą jeździł czerwonym oplem po okolicznych wioskach, chwaląc się od niechcenia, że wóz dostał na przechowanie od mafii, z którą ma powiązania. Konfabulacja przychodziła mu tym łatwiej, że wcześniej wypił litr wina. Po eskapadzie zostawił pojazd w lesie. Nazajutrz Elżbieta powiadomiła go, że wieczorem nadarzy się okazja do wcielenia szatańskiego planu w życie. Sławek po godzinie 18 wyjechał na drogę, ale tego dnia nie zrealizował planu, ponieważ nie zauważył jadącego rowerem do kotłowni Pawła. Jednak czekając na ofiarę, usłyszał w radiu, że Romuald P. nie żyje, zaś policja szuka skradzionego samochodu. Rozpytywała o to również w R. Postanowił więc zostawić pojazd w lesie i przez trzy dni nie zbliżał się do niego.   

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]