Chociaż państwo w tamtych czasach głosiło, że wszelkie sprawy związane ze sprawiedliwością i praworządnością w całości załatwia za swoich obywateli, zdarzało się, że jednak owi obywatele brali sprawy w swoje ręce. Najczęściej działo się tak w sytuacjach, gdy „władza” udawała, że nic nie widzi albo była po prostu bezsilna. A takie przypadki, pomimo wszechobecności aparatu bezpieczeństwa, także się zdarzały.

Zenon B., 50-letni wówczas kierownik zmiany w dużym zakładzie zajmującym się produkcją elementów stalowych, powszechnie znany był jako „Kogut”. Zakład pobudowano w S. na terenach typowo rolniczych, kompletnie bez sensu, bo w dużym oddaleniu od hut czy kopalń, mogących dostarczać zapasy surowca i opału niezbędnego do produkcji wyrobów stalowych. Zdrowa moralnie (czytaj: socjalistycznie) robotnicza załoga miała stanowić przeciwwagę dla tutejszej społeczności, składającej się z właścicieli indywidualnych gospodarstw rolnych i drobnych rzemieślników, a więc z elementu uznawanego za politycznie niepewny.

Zaloty „Koguta”

Z tym zdrowiem moralnym bywało różnie, a przykładem totalnego zaniku moralności był właśnie ­Zenon B., który w 1984 roku został kierownikiem zmiany na wydziale zajmujących się wstępnym czyszczeniem wytapianych lub odkuwanych elementów stalowych do maszyn i konstrukcji. Praca w tym miejscu nie była szczególnie ciężka, bo polegała na wieloetapowym myciu i czyszczeniu elementów przesuwających się po taśmie. Wykonywała ją więc załoga składająca się w większości z kobiet. Właśnie to stało się powodem problemów z Zenonem B., zwanym później „Kogutem”.

Wykorzystując fakt skupienia na pracy przy taśmie, pozwalał on sobie na różne poufałości wobec atrakcyjnych kobiet. A to którąś uszczypnął, a to chwycił za pośladek, a to niby udzielając instrukcji, przycisnął inną od tyłu. Ba, bywało, że bardziej spoufalony cmoknął w szyję lub chwycił za pierś! Część kobiet, te niby „poufałości”, przyjmowała z chichotem i udawanym oburzeniem, ale większość gwałtownie i zdecydowanie protestowała, nie godząc się na „zaloty”.

W dzisiejszych czasach rosnącej świadomości zjawiska molestowania, „Kogut” pewnie szybko straciłby pracę, ale wówczas nie było to takie proste. Zwłaszcza, że Zenon B. bywał złośliwy i np. kobietom, które ostro reagowały na jego zachowanie, potrafił wpisać mniejszą liczbę przepracowanych godzin, a bardziej uległym te godziny dopisywał. Ponadto był szefem wydziałowej komórki partyjnej, więc skarżyć się na niego nie było łatwo. No bo do kogo?

Dziś nie wiadomo, czy któreś kobiety zostały przez niego zmuszone do stosunków seksualnych, ale jest to bardzo prawdopodobne. W pewnym momencie, jak później ustalono, musiał jednak trafić na kobietę lub kobiety, które poskarżyły się swoim mężom czy braciom, a ci postanowili go trochę utemperować.

 

W styczniu 1985 roku wracający z pracy Zenon B. został zaraz po wyjściu z terenu zakładu zepchnięty z chodnika w pobliskie krzaki i tam „gruntownie obity” przez kilku nieznanych mu mężczyzn. Zagrozili mu, że jeśli w pracy nie będzie trzymał łap przy sobie, to zrobią mu powtórkę i tak do skutku, aż się uspokoi.

„Kogut” przez ponad tydzień był na zwolnieniu lekarskim, ponieważ ze względu na ślady pobicia do pracy się nie nadawał. Pobicie zgłosił, bo milicjanci przesłuchali kilka kobiet, a czynności te nadzorował funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa „opiekujący się” tym zakładem. Fakt zainteresowania się sprawą przez „ubeka” dał załodze dużo do myślenia, choć już wcześniej podejrzewano, że Zenon B. jest informatorem Służby Bezpieczeństwa.

Po pewnym czasie sprawa jednak „rozeszła się po kościach”, bo sprawców pobicia nie znaleziono, a Zenon B. trochę się uspokoił. Po kilku miesiącach jednak wrócił do swoich zwyczajów, z tą różnicą, że dwie pracownice wyraźnie omijał, domyślając się widocznie, że to ich mężczyźni spuścili mu lanie. Nie zdarzyło się jednak, aby szykanował je w jakikolwiek sposób.

W lipcu 1985 roku karetka pogotowia zabrała Zenona B. wprost z hali produkcyjnej do szpitala w S. Po dwóch dniach okazało się, że pomimo natychmiastowej pomocy lekarskiej mężczyzna zmarł. W tym czasie na terenie zakładu trwały intensywne czynności śledcze, brali w nich udział także funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Twierdzili oni, że okoliczności mogą wskazywać na „działalność elementów wrogich ustrojowi”.

Otóż wypadek „Koguta” polegał na tym, że kiedy przy taśmie obłapiał od tyłu jedną z pracownic, druga przyłożyła mu do pośladków końcówkę przewodu podającego powietrze pod wysokim ciśnieniem i nacisnęła zawór. Niestety dla niego przyłożyła przewód tak precyzyjnie, że trafiła na odbyt i sprężone powietrze pod wysokim ciśnieniem zostało wtłoczone do jego jelit. Doszło do bardzo poważnych uszkodzeń i krwotoku, a następnie do rozległego zapalenia otrzewnej. Pomimo natychmiastowej operacji lekarzom nie udało się go uratować.

Do wiadomości mieszkańców S. docierało niewiele informacji, ale powoli plotka wypłynęła na miasto. Głosiła ona, że na tym wydziale zabito ubeckiego informatora.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze