Mogłoby się wydawać, że wydarzyło się to gdzieś na dzikich preriach meksykańskich lub w mrocznych zaułkach wielkich amerykańskich miast. Dreszcz grozy ogarnia na samą myśl, jak bezbronni musieli być mieszkańcy milionowego miasta wobec samowoli łotrów, którzy podporządkowali sobie największe stołeczne targowisko. Na czele kilkunastoosobowej grupy przestępczej stał warszawski radny, człowiek znany i powszechnie szanowany…

 O ile w powojennej Warszawie najpopularniejszym targowiskiem był Bazar Różyckiego (dopiero w latach 90. palmę pierwszeństwa przejął pobliski Stadion X-lecia), o tyle w dwudziestoleciu międzywojennym mianem tym mógł się szczycić popularny Kercelak – „największy przedwojenny dom towarowy, czyli Ce-De-T na świeżym powietrzu”, jak go nazywał w swoich felietonach popularny felietonista „Expressu Wieczornego”, Stefan Wiechecki-Wiech. Nie ma przesady w twierdzeniu, że była to największa przedwojenna galeria handlowa, wybudowana na świeżym powietrzu…

 

Flaki przy muzyce

Kercelak porównywano do miasteczka o niepowtarzalnej atmosferze, żyjącego własnym życiem i będącego symbolem tak drobnego handlu, jak i niejasnych interesów. Wiech pisał: „Początkowo na Kercelaku handlowano paszą oraz towarami z okolicznych wsi. Można było zaopatrzyć się w mleko, sery, warzywa, mięso. Była śmietana ustawiona w ogromnych wiadrach, której nigdy nie ubywało, gdyż stale była podsypywana mąką lub twarogiem i dopełniana mlekiem. Z czasem na targowisku można było kupić niemal wszystko, zarówno produkty ekskluzywne, jak i te mniej wartościowe, często też kradzione. Handlowano także gołębiami, papugami, psami, kotami.”

Jego historia rozpoczęła się w 1867 roku, u zbiegu późniejszych ulic Leszno i Okopowej, na półtorahektarowej działce oddanej miastu przez Józefa Kercelego (obecnie w tym miejscu znajduje się jedno z większych skrzyżowań Warszawy: al. Solidarności i ul. Okopowej). Początkowo było jednym z wielu targowisk, jednak z racji doskonałego położenia w centrum miasta szybko zaczęło zyskiwać na znaczeniu. Biedniejsi prowadzili handel naręczny, bogatsi wynajmowali budki i zakładali profesjonalne – jak na tamte czasy – stoiska.

Codziennie przez Kercelak przewijały się tysiące ludzi, gdyż handlowano tutaj niemal wszystkim: od żywności, poprzez odzież, buty, meble, a na artykułach przemysłowych skończywszy. Można było posłuchać muzyki z patefonów, a także posilić się flakami, bigosem i pyzami. O ile bogatsi warszawiacy wybierali sklepy przy Marszałkowskiej, albo odwiedzali Dom Braci Jabłkowskich, o tyle na Kercelak chodzili biedniejsi mieszkańcy stolicy.

Jednak nie samym handlem żył Kercalak. Jak każde podobne miejsce, także i warszawski bazar  przyciągał niczym magnes szemrane towarzystwo. Na targowisku żniwo zbierali cwaniacy i oszuści, grający w trzy karty, a w pobliskich zaułkach i bramach często dochodziło do napadów rabunkowych. Z czasem powstał tutaj swoisty folklor, ocierający się o patologię i przestępczy półświatek. Tworzyli go przestępcy mniejszego kalibru: kieszonkowcy, złodzieje, szulerzy, paserzy, a także oszuści gotowi na każdy przekręt. Często więc dochodziło do rękoczynów. W ruch szły pięści, kastety i noże, a lejąca się na Kercelaku krew nikogo nie dziwiła.

 

Mimo tego rzadko proszono o interwencję stróżów prawa, którzy zresztą i tak niechętnie zapuszczali się w tamte rejony.

 

Wprawdzie co pewien czas policja urządzała naloty na targowisko, zatrzymując przy okazji kilku drobnych przestępców i konfiskując kontrabandę, ale nie to było największym zmartwieniem miejscowych handlarzy. Na co dzień targowiskiem rządzili różni watażkowie, którzy całkiem nieźle z tego żyli.

Największym z nich był Łukasz Siemiątkowski, bardziej znany jako „Tata Tasiemka”, którego przedwojenne gazety w poszukiwaniu sensacji okrzyknęły polskim Al Capone. Oczywiście dziennikarze mocno przesadzali, gdyż skala jego działalności była o wiele mniejsza, niż tego amerykańskiego gangstera. Mimo to dla kupców i handlarzy z warszawskiego Kercelaka „Tata Tasiemka” był wielkim postrachem.

 

Od aktywisty do gangstera 

Niski, tęgi, łysawy, z czarnym wąsem na okrągłej twarzy, bardziej sprawiał wrażenie jowialnego, dystyngowanego starszego pana, niż groźnego bandyty. Przynajmniej taki jego obraz jawi się z międzywojennej prasie.

Łukasz Siemiątkowski urodził się w 1876 roku w podwarszawskim Milanówku. Jako kilkunastoletni chłopak rozpoczął pracę w pobliskim Grodzisku Mazowieckim, w fabryce pasmanteryjnej (co tłumaczy ten trochę dziwny pseudonim, nadany mu przez przestępczy półświatek). Zanim  zaangażował się w niezgodną z prawem działalność, związał się z Polską Partią Socjalistyczną. Jak wielu młodych Polaków, zaangażował się w walkę z zaborcami. Gardził tymi, którzy próbowali się z nimi sprzymierzać, samemu będąc zwolennikiem rozwiązań siłowych: zamachów, podkładania bomb, wszelkich form terroru.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze