Młody aktywista trafił do Cytadeli (podobno wydał go kolega-kolaborant), gdzie wkrótce skazano go na karę śmierci. Na szczęście koniec pierwszej wojny światowej oraz odzyskanie przez Polskę niepodległości, uchroniło go od kuli rosyjskiego plutonu egzekucyjnego.

 

 Zamiast pod kasztan, poszedłem na wolność – mówił później w jednym z wywiadów. – Tak to, panie, bywało. Robiło się wiele, ale człowiek nie pamięta, ilu szpiclów carskich i niemieckich sprzątnął.

Po wojnie cały czas działał w PPS. Startował nawet w wyborach do senatu, jednak szczytem jego kariery politycznej okazało się stanowisko warszawskiego radnego. Gdy nim został, zaczęto zwracać się do niego z różnymi sprawami, proszono o pośredniczenie w konfliktach. I tak oto do przezwiska „Tasiemka” doszedł drugi człon – „Tato”, gdyż tak właśnie ludzie coraz częściej zwracali się do Siemiątkowskiego. Tyle że nie działalnością samorządową zapisał się w historii…

Wraz z grupą kompanów Siemiątkowski terroryzował handlarzy z Kercelaka, wymuszając od nich haracze w zamian za bezpieczeństwo i nietykalność. Osobiście bardzo rzadko dopuszczał się czynów przestępczych. Jak przystało na rasowego szefa gangu, urzędował w jednej z restauracji nieopodal bazaru, gdzie przychodzili jego podwładni. Przynosili mu pieniądze, skradzione fanty albo „konwojowali” w to miejsce kupców, którzy nie chcieli podporządkować się decyzjom „Taty Tasiemki”.

 

Totalna kontrola

Można zaryzykować twierdzenie, że  dokładnie ten sam schemat działania zaczął stosować półświatek w latach 90., kiedy wymuszano haracze od sklepikarzy, restauratorów i drobnych biznesmenów. Ludzie „Tasiemki” działali identycznie. Zaczęli od pobierania stałego haraczu miesięcznego, wahającego się od 50 do kilkuset złotych, w zależności od sytuacji finansowej i dochodów ofiary. Wszelkie próby protestu tłumiono okaleczeniem kupca lub jego rodziny. Szukający pomocy u policji, pod wpływem krwawego terroru zwykle odwoływali skargi, płacąc nawet grzywnę za rzekome fałszywe doniesienie.

Taki stan rzeczy na tyle rozzuchwalił bandytów, że stopniowo objęli swoją kontrolą wszystkie interesy kupców i handlarzy, wnikając nie tylko w sprawy zarówno handlowe, ale i rodzinne. Specjalnie wyznaczeni członkowie bandy prowadzili szczegółowy wywiad. Dowiadując się o kolejnych wydarzeniach w życiu swoich „podopiecznych”, żądali od nich coraz to nowych opłat. Jeśli któryś z kupców wydawał za mąż córkę z posagiem, musiał dać bandzie okup w wysokości dziesięciu procent od całej sumy. To samo działo się, gdy syn jakiegoś handlarza żenił się i otrzymywał posag.

Z informacji reporterów „Tajnego Detektywa” wynikało, że w ramach takich porachunków zdarzył się wypadek świadczący o bestialstwie gangsterów. „Oto mąż poślubionej świeżo córki kupca przeciwstawił się żądaniu bandy, posyłając jej na odczepnego 150 złotych. Nazajutrz, gdy wyszedł do pracy, wtargnęło  do mieszkania pięciu członków bandy, uzbrojonych w rewolwery. Zakneblowali młodej kobiecie usta, po czym wszyscy dopuścili się wobec niej ohydnego gwałtu. Wychodząc bandyci zapowiedzieli nieszczęśliwej, że gdyby zameldowała o sprawie policji, mąż zostanie zabity, a ona wraz z ojcem zostanie okaleczona. Nieszczęsna ofiara, zdając sobie sprawę, że z bandytami nie ma żartów, postanowiła przemilczeć wszystko przed mężem. Kiedy jednak po pewnym czasie okazało się, że została zarażona chorobą weneryczną,  opowiedziała mu o wszystkim, a ten postanowił zawiadomić policję. Kilka dni później został napadnięty i zakłuty nożami.”

Wszelkie większe transakcje kupców przechodziły przez kontrolę członków bandy. Handlarze często musieli kupować towar w miejscach wskazanych im przez bandytów. Jeśli kupiec chciał zaopatrzyć się w innym miejscu, musiał płacić bandytom wykup, aby uzyskać na to zezwolenie.

 

Sąd dintojry

Na tym jednak nie kończyły się sposoby wymuszania pieniędzy. Oto, gdy pewnego dnia kupiec przychodził do interesu, znajdował drzwi zabite gwoździami. Za kilka gwoździ, których koszt wynosił raptem kilkadziesiąt groszy, musiał płacić… 150 złotych! Tak wynikało z taksy ustalonej przez bandytów.

Jednak przed wydaniem zezwolenia na ponownie otwarcie interesu, cała banda z hersztem na czele schodziła się do knajpy, gdzie wzywano zmaltretowaną psychicznie ofiarę przed „sąd dintojry”. Rozprawa taka odbywała się podczas libacji, składającej się z wykwintnych, drogich dań, nie wyłączając kawioru, oryginalnych francuskich koniaków i kubańskich cygar. Za imprezę płacił oczywiście kupiec, który często z powodu braku pieniędzy musiał wystawiać krótkoterminowy weksel.  Rachunki za takie dintojry sięgały nawet powyżej tysiąca złotych. Zabijanie sklepu gwoździami bandyci nazywali niekiedy żartobliwie „niespodzianką”.

Banda „Tasiemki” rozstrzygała spory i  likwidowała zatargi na wzór dawnej mafii „Czarnej Ręki” (czytaj informacje w ramce).

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]