Dziennikarz „Tajnego Detektywa” tak to przedstawiał:

„Gdy ktoś bez skrupułów miał do kogoś pretensje, a nie miał szans na wygraną w sądzie, zwracał się do bandy, której wnosił odpowiednią zapłatę, a ci rozprawiali się z przeciwnikiem na korzyść zgłaszającego się. Latem 1930 roku niejaki Icek Szylgold miał zatarg ze swym sąsiadem, Aronem Perelmanem, który zamierzał pozwać Szylgolda przed sąd polubowny. Na posiedzeniu sądu, któremu przewodniczył Karpiński, nakazano przede wszystkim wpłacić Szylgoldowi 200 złotych członkom bandy. Groźba pobicia i wycelowane w jego kierunku rewolwery sprawiły, że jeszcze tego samego dnia zapłacił żądane przez bandytów pieniądze. Po trzech tygodniach Szylgold znowu pokłócił się z Perelmanem. Znowu urządzono sąd w knajpie i ponownie skazano Szylgolda,  tym razem do zapłaty okupu w wysokości 350 złotych. Ponieważ Szylgold zagroził zawiadomieniem o sprawie policji, musiał on od tej pory płacić bandzie 180 złotych miesięcznego haraczu.”

Zdarzyło się, że jeden z handlarzy na Kercelaku, Josek Edelist, zażartował przy innych kupcach, że nie obawia się bandytów wyłudzających haracze, bo gdyby do niego przyszli, to pogoniłby ich i na pewno dałby sobie z nimi radę. Na bandytów zadziałało to niczym czerwona płachta na byka. Siłą sprowadzili Edelista do restauracji, pobili go rękojeścią rewolweru i zmusili do zapłacenia 500 złotych kary.

Innego handlarza, Edwarda Kojczyńskiego, który nie miał wystarczającej kwoty na wykupienie się od bandytów za podobne przechwałki, zawleczono w nocy nad Wisłę. Tam przywiązano go do drzewa i dla postrachu oddano kilkanaście strzałów, celując z rozmysłem nad  głową obok uszu ofiary. Następnie nieszczęśnika uwolniono, nakazując mu, żeby w ciągu miesiąca dostarczył sto złotych, bo jeśli nie, to bandyci będą strzelać bardziej celnie!

Gangsterzy budowali swoje bogactwo nie tylko na egzekwowaniu haraczu od drobnych kupców i handlarzy. Niemałe pieniądze przynosiła im „ochrona” ówczesnych domów publicznych.  Bodaj pierwszym, który znalazł się w strefie ich wpływów, był interes prowadzony przez „ciocię Kujawską”, potem doszło kilka innych w centrum miasta. Haracz płaciły nie tylko właścicielki –  każda nowa adeptka za wejście do interesu płaciła jednorazowo 150 złotych, a „ciocia” – 200 złotych miesięcznie. Ludzie „Tasiemki” mieli darmowy wstęp do tego rodzaju przybytków, zaś kierownictwo gangu zagwarantowało sobie prawo oceny pracownic…

 

Samowola łotrów

 W międzywojennej prasie zachowały się opisy i nazwiska niektórych ofiar „Taty Tasiemki”. Ówcześni dziennikarze byli porażeni skalą działalności gangsterów: „Gdy się przegląda protokoły zeznań świadków, aż wierzyć się nie chce, że wszystko to, co stwierdziło śledztwo, działo się w Warszawie, a nie gdzieś na dzikich preriach meksykańskich lub w jeszcze dzikszych zaułkach amerykańskich wielkich miast. A dreszcz zgrozy przejmuje człowieka na myśl, jak bezbronni mogą być mieszkańcy milionowego miasta wobec samowoli łotrów spod najciemniejszej gwiazdy.”

W roku 1928 przybyli do handlarza Izraela Pejczera dwaj członkowie bandy i zażądali od niego tysiąca złotych za prawo handlowania na placu.  Pejczer początkowo nie chciał dać im pieniędzy. Później jednak, kiedy bandyci zagrozili zabójstwem i przystawili mu do głowy rewolwery, handlarz z obawy o własne życie dał im 800 złotych. Minęło kilka miesięcy i bandyci ponownie zjawili się przy jego straganie.  Wyprowadzili go do najbliższej bramy i zażądali dopłaty 200 złotych. Gdy Pejczer odmówił, jeden z bandytów tak długo tłukł nim o ścianę, aż nieszczęśnik zgodził się wystawić weksel na tę sumę, powiększoną już o procenty.

Na początku 1929 roku ci sami bandyci odwiedzili Samuela Lamperta. Poinformowali go, że został na niego nałożony haracz w wysokości 110 złotych.

 

Jeśli nie zapłacisz nam od ręki, odetniemy ci ucho – zagrozili. Kupiec poważnie się przestraszył, sięgnął do kasy i zapłacił żądane pieniądze.

Po pewnym czasie Lampert został zawiadomiony przez wysłanników bandy, że ma niezwłocznie stawić się w restauracji „Pod czerwoną latarnią”. Kiedy się tam pojawił, czekało już na niego ośmiu członków gangu. Poinformowano go, że musi dać im 200 złotych na pokrycie rachunku w restauracji. Ponieważ nie miał takiej kwoty przy sobie, musiał zobowiązać się wobec właściciela restauracji, że ureguluje należność najpóźniej nazajutrz rano. Słowa nie dotrzymał, więc został tak dotkliwie pobity, że spędził kilkanaście dni w szpitalu. Bandyci jednak nie odpuszczali – gdy Lampert wrócił do domu zażądali od niego 400 złotych.  W obawie o życie kupiec zapłacił dokładnie tyle, ile chcieli.

W tym samym roku na Kercelaku zaczęli wspólnie handlować Benjamin Fuks i Dawid Portugal. Po kilku tygodniach wspólnego prowadzenia interesu pojawił się u nich Pantaleon Karpiński i zażądał 600 złotych, grożąc w razie odmowy użyciem dziesięciu kul, znajdujących się w jego broni. Wspólnicy przestraszyli się i postanowili jeszcze tego samego dnia wyjechać z Warszawy. Jednak w drodze na dworzec zorientowali się, że są otoczeni przez śledzących ich gangsterów.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]