Zostali zatrzymani i przewiezieni do jednej z warszawskich restauracji, gdzie czekali już niemal wszyscy członkowie bandy. Urządzono libację, po której Karpiński, grożąc rewolwerem, zażądał od Fuksa i Portugala zapłacenia rachunku, wynoszącego 280 złotych. Ponieważ mieli przy sobie tylko 200 złotych, zmuszono ich do podpisania weksla na 100 złotych. Weksel ten mieli wykupić po trzech dniach.

Przedwojenny dziennik „Robotnik” informował, że podwładni „Tasiemki” bili rękojeściami rewolwerów i żelaznymi laskami. Jeden z oprawców chwalił się w jakiejś knajpie, że kramarzowi „zrobiono z głowy nóżki w galarecie”. Z kolei „Tajny Detektyw” donosił, że bandyci brutalnie rozprawiali się z tymi wszystkimi, którzy próbowali poskarżyć się władzom.

„Za pierwszym razem zadawano lżejsze rany nożem i obijano tak, że napadnięty musiał spędzić co najmniej kilka tygodni w łóżku. Za drugim razem obcinano kupcowi uszy, a najbliższą rodzinę obijano. Trzecia interwencja bezapelacyjnie równała się wyrokowi śmierci. Znajdowano pewnego dnia na ulicy człowieka ciężko postrzelonego lub zakłutego nożami. Sprawców z reguły nie udawało się wykryć lub też, gdy wykrywano, tłumaczyli się oni jakimiś porachunkami osobistymi, czy działaniem pod wpływem alkoholu.”

W takich przypadkach rodzina ofiary milczała w obawie przed dalszymi krwawymi represjami ze strony bandytów. Nawet uciec było trudno przed pazernymi przestępcami. Gdy kupiec likwidował interes, musiał oddać część pieniędzy członkom bazarowej mafii. Niektórzy handlarze – nie mogąc uchronić się przed terrorem mafii lub w obawie przed zemstą ze strony terrorystów – uciekli za granicę.

Niemal zawsze jednak nadchodzi taki dzień, kiedy także największym bandytom powinie się noga. O działalności „Taty Tasiemki” pisała warszawska prasa, a ofiary bandytów coraz częściej decydowały się zeznawać przeciwko gangsterom. Jeśli nawet Siemiątkowski miał jakiś politycznych protektorów, roztaczających nad nim parasol ochronny, to i tak nie można było w nieskończoność zamiatać sprawy pod dywan.

 

„Tata Tasiemka” został aresztowany 26 lutego 1932 roku, a wraz z nim kilkunastu jego kompanów.

„Raz poruszona jawnie i bez osłonek sprawa krwawego terroru bandyckiego, uprawianego bezkarnie i w biały dzień, pobudziła wreszcie ofiary szantażu do zrzucenia z siebie narzuconego przez męty krwawego jarzma i składania zeznań przed władzami bezpieczeństwa. Akcja prowadzona pod kierunkiem naczelnika bezpieczeństwa,  Mieczysława Lisowskiego, doprowadziła wreszcie do zlikwidowania jednej z najgroźniejszych band terrorystycznych, która organizacją swoją, metodami, okrucieństwem, zupełnie przypomina bandy zbirów chicagowskich spod znaku Al Capone” – pisały kilka dni później warszawskie dzienniki.

 

Zdani na łaskę i niełaskę

Akt oskarżenia zarzucał gangsterom z Kercelaka wymuszenia 44 haraczy, terroryzowanie handlarzy, założenie grupy przestępczej w celu dokonywania rozbojów oraz inne przestępstwa. Ławę oskarżonych zajęło 14 osób.

Sprawozdawcy sądowi dokładnie opisywali przebieg tej rozprawy:

„Pierwsze trzy dni procesu przyniosły dostateczny materiał dla utrwalenia wyrobionego już poglądu na sprawę na podstawie notatek w prasie po zdemaskowaniu bandy. Gdy odczytano akt oskarżenia, wierzyć się nie chciało, że to wszystko mogło się dziać naprawdę w wielkim mieście praworządnego państwa o dobrze zorganizowanej służbie bezpieczeństwa. Gdy się jednak na sprawie posłuchało zeznań świadków, biednych, nękanych przez bandytów straganiarzy, okazało się, że to, co przyniósł akt oskarżenia, to tylko cząstka nieznaczna tej gehenny, jaką przez cztery lata przeżywali ci ludzie po zawładnięciu całym życiem Kercelaka przez bandę, na której łaskę i niełaskę byli zupełnie  zdani. Ofiarami terroru bandytów byli przeważnie Żydzi. Przypuszczenia bandy, że straganiarze ci, którym zagrożono „wykręceniem kręgosłupów jak drut telegraficzny”, pod wpływem terroru powstrzymają się od zeznań – zawiodły. Ci ludzie, którzy często przez długie dnie głodzili się wraz z żonami i dziećmi, aby wykupić się bandytom, urządzającym za ich ciężko zarobione pieniądze libacje, których w straszliwy sposób maltretowano, trzymając pod ciągłą groźbą śmierci lub kalectwa – ci ludzie, wyswobodziwszy się raz spod krwawego jarzma, stanęli przed sądem do rozgrywki na śmierć i życie…”.

„W długim korowodzie świadków, przesuwają się również handlarze chrześcijańscy. Zeznają bardziej opanowani, ale również odtwarzają  w prostych słowach wstrząsający obraz terroru, gwałtu i samowoli, na jaką byli zdani, nie znajdując znikąd pomocy. Do terroryzowania kupców-chrześcijan wyznaczano odważniejszych terrorystów. Jednym ze świadków jest Józef Dek – człowiek starszy, o łagodnym wyrazie twarzy, znany jako człowiek spokojny i solidny. Opowiada, jak zmuszano go  do płacenia haraczu biciem, maltretowaniem i groźbami śmierci.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]