Gdyby tamtego feralnego dnia Halina choć przez chwilę pomyślała, że teściowa wyzwoli w niej zabójczą desperację, pewnie posłuchałaby jej i zeszłaby do piwnicy po kartofle i ogórki. Tak jak zawsze, gdy wydawała jej polecenia. Po pracy w sklepie była jednak zmęczona i głodna. Nie ruszyła się więc z wersalki, licząc, że skończy się na zwykłej połajance. Ciąg dalszy okazał się jednak tragiczny – dla obu kobiet.

Początek tej historii zapowiadał się niemal bajecznie. Pod koniec wojny, Halina pracowała jako sprzedawczyni napojów chłodzących w restauracji w Płocku. Knajpa należała do pani Władysławy, kobiety obrotnej i nie lękającej się wyzwań. Prowadzenie lokalu gastronomicznego w czasach, gdy innym świat walił się na głowę, wymagało nie lada odwagi.

Właścicielka restauracji miała syna Ryszarda, szykownego chłopaka średniego wzrostu, z czarną czupryną i wąsikiem à la Clark Gable. Za elegancko ubranym młodzieńcem oglądały się wszystkie panny w okolicy. On jednak wybrał miejscową dziewczynę, 20-letnią wówczas Halinę, którą spotykał codziennie na stoisku, gdzie sprzedawała lemoniadę i wodę gazowaną, chociaż klienci najchętniej kupowali piwo.

Młodszy od niej o rok Ryszard nie myślał jeszcze o ożenku, ale że jego romans z ekspedientką zaowocował ciążą, nie miał wyjścia i poprowadził ją do ołtarza. Również jego matce nie w smak była kandydatka na synową bez majątku.

Lecz jako dobra katoliczka musiała ją przyjąć do rodziny, co nie znaczy, że w pełni zaakceptowała. Nie chciała tylko rozstawać się z jedynym mężczyzną w domu, bo męża straciła w czasie wojny.

 

Nie szczędziła szyderstw

W 1947 roku nowa, ludowa władza – w ramach sprawiedliwości dziejowej – zabrała pani Władzi restaurację, więc rodzina przeniosła się do Ostródy w województwie olsztyńskim. W tym niedużym, ale uroczym mieście nad jeziorem Drwęckim, podjęła pracę ponownie w branży gastronomicznej, tyle że uspołecznionej.      Ryszard znalazł zatrudnienie w handlu spółdzielczym, gdzie miał okazję poznać tajniki sztuki sprzedaży i kupna. Jego żona siedziała w domu, zajmując się gotowaniem, sprzątaniem i wychowywaniem dzieci. Po pierwszym synu urodziła bowiem drugiego, a potem jeszcze następnego. I tak w Ostródzie przeleciało im dwanaście lat, a że w 1959 roku Ryszard zaczął pracować w Olsztynie i musiał codziennie dojeżdżać pociągiem 50 km, młodzi postanowili przenieść się do miasta wojewódzkiego. Ryszard ze swoim handlowym doświadczeniem trafił do działu zaopatrzenia przedsiębiorstwa przemysłu drzewnego, zaś Halina została ajentką w kiosku spożywczym koło dworca PKP. Pani Władysława musiała pozałatwiać w Ostródzie sprawy zawodowe i mieszkaniowe, ale niespełna rok później także zamieszkała w Olsztynie.

 

Do tego czasu przeszła już na emeryturę, mogła więc spokojnie zająć się domem i dorastającymi dziećmi swego syna, decydując o wszystkim, co się działo pod dachem. Miała władczy charakter, lubiła rządzić jak za czasów, gdy była właścicielką restauracji. W późniejszych zeznaniach Ryszard opowiadał, że jego matka za byle co krytykowała synową, wytykała jej najmniejsze błędy, karciła pod błahym pretekstem, nie szczędziła szyderstw. On natomiast starał się łagodzić sytuację. Pani Władysława dostawała 1250 zł emerytury, z czego 500 zł przekazywała na wspólne życie, czuła się zatem uprawniona do decydowania o domowych sprawach.

 

Gdy krwawiło serce Haliny

Na zewnątrz relacje w rodzinie wyglądały na poprawne, jednak w środku od dawna tlił się konflikt. Brakowało tylko iskry, by wybuchła beczka prochu.

Ten stan zagrożenia trwał całymi latami głównie z tego względu, że Halina kładła uszy po sobie, dusiła swój żal i krzywdę w środku. Nie skarżyła się nawet swojej matce, która później tak zeznała do milicyjnego protokołu: „Córka zawsze była skryta i małomówna, niepowodzenia przeżywała sama, z nikim nie dzieliła się kłopotami, często płakała, nie mówiąc dlaczego. Skarżyła się na ból głowy i serca, czasami traciła przytomność – rzekomo były to ataki serca”.

Halina była trzecią córką z pięciorga rodzeństwa. Jej starsza siostra mówiła o niej, że była dobrą i wrażliwą dziewczyną, pracowitą jak mrówka, nie okazywała po sobie bólu, była bardzo zamknięta w sobie. Do tego stopnia, że kiedyś chciała odebrać sobie życie.

Halina zrezygnowała jednak z próby samobójczej, ponieważ nie była gotowa zostawić dzieci samych. Jednak rosnący jak na drożdżach synowie też nie szczędzili jej kłopotów. Zwłaszcza jeden z nich, który związał się ze środowiskiem chuliganów i zaczął popadać w konflikt z prawem. Serce Haliny krwawiło, gdy synalek trafił do więzienia. Niestety, nie był to jego ostatni raz…

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze