Wszystkie te problemy nawarstwiały się w psychice Haliny, która pracowała już w sklepie spożywczym, niedaleko ich bloku w olsztyńskiej dzielnicy Zatorze. Co ciekawe, nie miała nawet klucza do własnego mieszkania. Kiedy przychodziła z pracy, drzwi otwierała jej teściowa lub mąż, jeśli wcześniej wrócił do domu. To nie zdarzało się zbyt często, ponieważ lubił alkohol i karty, więc wychodząc z biura zbaczał przeważnie do restauracji „Kolorowa” lub szedł z kumplami na partyjkę pokera.

Inna sprawa, że życie zaopatrzeniowca w PRL-u było barwne, ale i narażone na ciągłe pokusy, bo z jednym dostawcą maszyny produkcyjnej to trzeba było wypić flaszkę, drugiego zaprosić do knajpy na obiad, trzeciego – szczególnie na Śląsku – przekonać wiaderkiem węgorzy z mazurskich jezior do wydania części zamiennej niezbędnej w traku, czyli urządzeniu do cięcia drewna na deski. W latach 70. XX wieku pan Ryszard był już kierownikiem działu zaopatrzenia przedsiębiorstwa przemysłu drzewnego, a jego obowiązki łączyły się ze wzmożonymi kontaktami towarzyskimi. Nie szczypał się za bardzo z groszem, ale też nie musiał tego robić. Zarabiał jakieś 3400 zł miesięcznie, a do tego dochodziły zwroty za delegacje i fundusz reprezentacyjny. Sam również wyglądał reprezentacyjnie. Nosił zazwyczaj marynarkę w drobną kratę, taki przynajmniej jego wizerunek zachował się w sądowych aktach.

 

Trzynaście ran ciętych

Feralnego dnia, w piątek 23 marca 1973 roku pan Ryszard wrócił do domu około godziny 18.30 i na klatce schodowej zobaczył żonę. Siedziała na schodach przed drzwiami ich mieszkania. Halina tłumaczyła, że nie może dostać się do środka, bo przecież nie ma klucza, a „babcia” – jak nazywała teściową – nie otwiera. Od męża wyczuła woń alkoholu, ale nie był pijany, co najwyżej podchmielony. Ryszard otworzył drzwi i wszedł do mieszkania. Od razu rzucił mu się w oczy nieład, który panował dookoła.

Szafy były otwarte, a ubrania i pościel leżały na podłodze, mieszkanie wyglądało jak po włamaniu. Tylko jak włamywacze mieliby dostać się do środka, skoro drzwi są nienaruszone? Dlaczego nigdzie nie ma matki? Zajrzeli do jej pokoju. Kobieta leżała nieprzytomna z głową w kałuży krwi…

Syn wezwał pogotowie, a potem zadzwonił na milicję. Jego głos, jak zeznał dyżurny MO, był spokojny i zdawać by się mogło, że zgłasza napaść na jakąś obcą osobę, a nie na własną matkę. Zbywał pytanie, kto dzwoni, a tylko powtarzał: „Przyjeżdżajcie, bo powyrzucane jest z szaf”. Zanim na miejsce przybyli funkcjonariusze wydziału śledczego, 72-letnią Władysławę pogotowie zabrało do szpitala, gdzie zmarła, nie odzyskawszy przytomności.

Ofiara miała na głowie 13 ran ciętych. Śledczy od razu zaczęli rozglądać się za sprawcą lub sprawcami. Nic nie wskazywało na to, że byli to włamywacze. Nie mogli dostać się drzwiami, a okno też było zamknięte, więc musiała ich wpuścić sama kobieta. Poza tym, dlaczego niczego nie ukradli? Sąsiedzi relacjonowali, że nic nie widzieli i nie słyszeli.

Nic się tutaj nie zgadzało i siłą rzeczy podejrzenia funkcjonariuszy padły na syna i synową ofiary. Przesłuchani odpierali wszelkie sugestie, twierdząc, że nie mają pojęcia, co właściwie się stało. W tej sytuacji oboje wraz z synem Cezarym zostali zatrzymani do dyspozycji Milicji Obywatelskiej. Czarek po przesłuchaniu został wypuszczony. Nie było go w domu w tym czasie, miał mocne alibi i nic nie wskazywało na to, że mógł przyłożyć ręki do morderstwa.

 

Podejrzenia na ślepym torze

Niespodziewanie podczas kolejnego przesłuchania Halina zaczęła obciążać męża. Opowiadała, że kiedy znaleźli w pokoju zakrwawioną babcię, była jeszcze przytomna, jęczała tylko. Gdy Ryszard zapytał ją, co się stało, miała odpowiedzieć: „To ty to zrobiłeś”. On zareagował na to słowami: „Słyszysz, co mama mówi?” i zaraz zadzwonił na 997. Pytana przez milicjanta, czy starsza pani miała otwarte oczy, Halina sugerowała, że pewnie poznała syna po głosie.

Złożywszy takie zeznanie, została zwolniona do domu, ale zanim opuściła komendę…, wyskoczyła przez okno z drugiego piętra. Na szczęście próba samobójcza zakończyła się tylko licznymi obrażeniami, z którymi przewieziono ją do szpitala. Tam doszła do siebie, ale jej męża zatrzymano w areszcie.

Ryszard zaprzeczał zarzutom, uważał je za absurdalne, a inni członkowie rodziny zapewniali, że nie miał powodów do popełnienia matkobójstwa. Twierdzili, że ofiara była szanowaną osobą, cieszyła się autorytetem wśród najbliższych i znajomych, a w rodzinie panowała pełna harmonia i zgoda. Chociaż z niektórych wypowiedzi można było wnioskować, że pani Władysława w stosunku do synowej czasami zachowywała się niegrzecznie, czyniąc jej publicznie nietaktowne uwagi. Co do samego zdarzenia, krewni pani Władzi potwierdzali, że posiadała własny klucz do mieszkania, a mając przytępiony słuch i będąc bardzo ostrożną, nie wpuszczała obcych do domu. Tym samym pośrednio wskazywali na sprawcę z najbliższego grona.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze