Walczakowie trudnili się handlem odzieżą sprowadzaną z Turcji. Mieli stoisko na radomskiej „Korei”, gdzie byli bardzo dobrze znani. Zarówno klientom, jak i milicji. Niestety, latem 1988 roku ich przygoda z importem znad Bosforu dobiegła końca. Na krętych drogach zbocza góry Uludağ ich fiat 126p wypadł z drogi i uderzył o skały. Marioli Walczak udało się ujść z życiem, ale jej mąż Sławomir spłonął żywcem, uwięziony we wraku.

Zdarzenie zrodziło setki plotek na radomskim targowisku przy ulicy Wernera. Handlujący i klienci spekulowali na różne sposoby, jak to możliwe, że Walczakowa wyszła z tego wypadku tylko z kilkoma zadrapaniami, skoro z samochodu po dachowaniu niewiele zostało.

Kolejnym powodem do dyskusji była lokalizacja zdarzenia. Podczas gdy wszyscy handlarze zaopatrywali się w towar na stambulskich bazarach, Walczaków z niewiadomych przyczyn zaniosło aż 150 kilometrów dalej na południe, do Bursy. Mariola Walczak tłumaczyła znajomym, że chcieli pooglądać krajobrazy, a obładowany na dachu „maluch” przechylił się na zakręcie i spadł ze zbocza góry. Ona sama w trakcie koziołkowania pojazdu wypadła przez drzwi, dlatego nic jej się nie stało.

Kiedy samochód uderzył o skałę, nastąpił wybuch i auto stanęło w płomieniach. Polska milicja mając raport o wypadku z Turcji, nie weryfikowała mocno naciąganej relacji Marioli Walczak. Jej mąż Sławomir, w tureckim szpitalu został oficjalnie uznany za zmarłego, a jego prochy wysłane do Polski.

Mając komplet dokumentów, Mariola Walczak przystąpiła do rozpoczęcia procedury wypłaty odszkodowania z polisy za śmierć męża. Pomagał jej w tym znajomy Filip K., który w trudnych chwilach podał wdowie pomocną dłoń.

Sławomir Walczak jak na handlarza z bazaru był ubezpieczony na niebotyczną kwotę ponad 4,5 mln zł, co było równowartością 10 tys. dolarów amerykańskich. Ponieważ akt zgonu został przetłumaczony i milicja nie miała do niego zastrzeżeń, PZU musiało wypłacić ową kwotę wdowie.

Po tym zdarzeniu środowisko radomskich handlarzy huczało od plotek, że Walczakowa zabiła męża. Kobieta postanowiła uciec od pomówień i za zadośćuczynienie kupiła mieszkanie w Łodzi i wyprowadziła się z Radomia. Nie miała zamiaru już wracać do handlu, dlatego zainwestowała w szwalnię, gdzie szyła konkurencyjne produkty na wzór tych sprowadzanych z Turcji. Niestety, jakość świadczonych przez jej firmę usług pozostawiała wiele do życzenia i interes zaczął podupadać.

 

Włamanie do pewexu

12 kwietnia 1989 roku w tzw. „Małej Gosi” na łódzkim Karolewie doszło do włamania do pewexu. Skradziono markowy alkohol, słodycze i papierosy o łącznej wartości ponad 1 tys. dolarów. Sprawą wyjaśnienia przestępstwa zajął się podporucznik MO Ryszard W. Początkowo podejrzewano o dokonanie tego czynu cinkciarzy stojących zazwyczaj przed sklepem. Jednak znalezione na miejscu przestępstwa odciski palców nie wskazywały na żadnego z podejrzanych.

 

W tym samym czasie do łódzkiej komendy wpłynęło pismo z radomskiego oddziału PZU, informujące, że Mariola Walczak jest podejrzana o wyłudzenie wysokiego odszkodowania za śmierć męża. Ubezpieczyciel motywował te zarzuty licznymi donosami, w których twierdzono, iż Sławomir Walczak żyje i był widziany w różnych częściach Radomia.

Podporucznik W. postanowił sprawdzić ten trop i porównał ślady linii papilarnych z miejsca przestępstwa z kartoteką Sławomira Walczaka. Wynik okazał się zgodny. Mężczyzna nie tylko żył, ale korzystając z tego, że uchodził za zmarłego, trudnił się działalnością przestępczą.

Zadaniem milicji było ustalenie, pod jaką tożsamością ukrywał się mężczyzna. Sprawdzono setki dowodów osobistych wydanych w ciągu ostatniego roku mężczyznom w średnim wieku, jednak poszukiwania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.

 

Turecki dyrektor

Podporucznik W. nie mogąc ustalić, pod jakim fałszywym nazwiskiem ukrywał się Sławomir Walczak, postanowił sprawdzić obywateli Turcji, którzy ubiegali się o wizę do Polski przed i po 6 lipca 1988 roku, kiedy miał miejsce wypadek Walczaków. Obserwowanie niczego nieświadomej żony naprowadziło funkcjonariuszy na ślad oszusta, ale milicja musiała ustalić tożsamość, pod jaką wjechał do kraju. Polski konsulat w Stambule podsunął Ryszardowi W. trop Saliha Yildirima, dyrektora walcowni rur, który chciał udać się na wakacje do Polski. Podejrzliwość urzędników wzbudziła słaba znajomość tureckiego u tak ważnej osoby. Yildirim tłumaczył się, że jest z pochodzenia Kurdem i dlatego mówi niepoprawnie po turecku. Ostatecznie lokalne władze potwierdziły tożsamość mężczyzny, dlatego otrzymał wizę.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze