Od października 1867 roku baronowa von Ledske mieszkała w Monachium, w wynajmowanym od pani Elizy Hartmann pokoju przy Amalienstrasse 12. Ponoć żyła jak pustelnica. Gospodyni, jej córka i młody student Albert Mikulicz, byli jedynymi osobami, z którymi utrzymywała ściślejsze kontakty.

Pewnego jednak razu odwiedziła ją jakaś młoda kobieta. Miała na sobie „czarną, jedwabną, białymi nićmi wyszywaną suknię, czarną mantylkę, niebieską krawatkę i kolczyki z trupimi główkami”. Pochodziła z Wiednia i przedstawiła się jako Maria Berger. Mówiła, że zatrzymała się w hotelu „Pod Czterema Porami Roku” i koniecznie chciała poznać baronową, bo wiele słyszała o jej łaskawości. Na dowód swej prawdomówności pokazała list rekomendacyjny od guwernantki, Agnieszki Maryot.

Kobiety chyba przypadły sobie do gustu, bowiem spędziły z sobą niemal cały dzień 20 listopada, spotkały się też nazajutrz, po południu. Najpierw poszły na krótki spacer, a wieczorem chciały udać się do teatru i baronowa von Ledske poprosiła panią Hartmann o pożyczenie lornetki. Chwilę później obie panie zamknęły się w pokoju baronowej na popołudniowej herbacie.

O wpół do siódmej wieczorem z pokoju wyszła pani Berger i poleciła pani Hartmann, by wezwała dorożkę, ponieważ zamierzają udać się na przedstawienie. Gospodyni wyszła z domu, ale wróciła po chwili, ponieważ szczęśliwym trafem dorożka stała nieopodal. Zapukała do pokoju baronowej von Ledske, ale nikt nie odpowiedział. Zdziwiło to panią Hartmann nieco, uznała jednak, że znużone czekaniem damy udały się do teatru pieszo, odwołała więc dorożkę i poszła do siebie.

Z teatru baronowa nie wróciła ani wieczorem, ani też w dniu następnym. Dla osoby, która znała zwyczaje Matyldy von Ledske było to czymś tak niezwykłym, że pani Hartmann poważnie się zaniepokoiła. Udała się do hotelu „Pod Czterema Porami Roku”, sądziła bowiem, że to tam obie damy udały się po powrocie z teatru. W recepcji powiedziano jej, że nikt tam nie widział ani Matyldy von Ledske, ani też Marii Berger. Pomyślała, że musiało zdarzyć się coś złego, wróciła więc do swojego mieszkania i ponownie zapukała do drzwi pokoju baronowej. Gdy znowu nikt nie odpowiedział, wezwała policję…

 

Baronowa von Ledske

Policjanci weszli do pokoju baronowej mało używanymi drzwiami bocznymi. Matylda von Ledske leżała na podłodze między sofą i stołem, na którym stały jeszcze dwie filiżanki z resztkami herbaty i pozostałości po podwieczorku. Z kącika jej ust wydobywała się krwawa wydzielina. Nie było wątpliwości. Baronowa została otruta.

Z kilku powodów trzeba było wykluczyć samobójstwo. Po pierwsze świeca. Nie wypaliła się do końca, lecz została zgaszona. Po drugie list pożegnalny. Nigdzie go nie znaleziono, a przecież samobójcy zwykle wyjaśniają powód odebrania sobie życia. I wreszcie po trzecie, nigdzie nie było kluczy od drzwi do pokoju, a przecież ktoś je zamknął i to od zewnątrz. Osoba ta najprawdopodobniej wzięła klucz ze sobą, a skoro tak, to pewnym niemal było, że baronowa nie popełniła samobójstwa, lecz została zamordowana.

Policja przeszukała cały pokój. Spodziewano się znaleźć coś, co mogłoby naprowadzić na trop sprawcy, a tymczasem wyszło na jaw, że zmarła nie była osobą, za którą się podawała. Ze znalezionych w pokoju dokumentów wynikało, że tak naprawdę nazywała się Matylda hrabina Choryńska baronowa von Ledske i że pochodziła z Monachium. Urodziła się tu w 1833 roku, jako córka miejscowego kupca i do 1858 roku występowała w jednym z tutejszych teatrów. Wtedy jeszcze nazywała się Ruef i ludzie mówili, że była zdolną aktorką.

Prasa rozpisywała się na temat jej uroku osobistego i wróżyła wspaniałą karierę, panna Ruef nie narzekała więc na brak zainteresowania ze strony mężczyzn. Mimo to prowadziła się ponoć bez zarzutu, a hrabiemu, który był wtedy jeszcze młodym austriackim oficerem, uległa dopiero po długich zabiegach z jego strony. Doszło do tego w maju 1858 roku, a po roku wzięli ślub. W ten sposób była aktorka została hrabiną, osobą z najwyższych warstw arystokracji. Był to dostateczny powód, by sprawą zainteresowała się prasa w Niemczech i Austro-Węgrzech, a prowadzeniem śledztwa zajął się sam prezydent monachijskiej policji, von Burchtoff.

Małżeństwu hrabiego z aktorką długo sprzeciwiali się jego rodzice. Uważali oni, że syn powinien szukać żony wśród wiedeńskiej arystokracji, a nie wśród „artystek”, których konduita była wtedy co najmniej wątpliwa. Tak zaczęło się „love story”.

Taka swoista gra między upartym i rozpieszczonym młodym hrabią, a jego trochę nadopiekuńczymi rodzicami. By wymusić na rodzinie zgodę na ślub, młody hrabia porzucił służbę w armii austriackiej i wraz z narzeczoną wyjechał do Glansbach pod Salzburgiem. Ojciec nie ustąpił. Z pomocą policji sprawił, że Matylda Ruef wróciła do Bawarii, a młody hrabia do Wiednia, gdzie znów stał się podporą armii austriackiej. W 1859 roku ze swym regimentem stacjonował już jednak we Włoszech i wtedy potajemnie sprowadził do Werony narzeczoną. Panna Ruef zaszła w ciążę i w kwietniu 1859 roku wydała na świat martwą dziewczynkę.

Krótko potem wybuchła wojna. Włochom „zachciało” się niepodległości, więc młody hrabia ruszył w pole. Spisywał się ponoć nadzwyczaj dobrze. Dostał awans na porucznika i być może, gdyby wojna trwała dłużej, porzuciłby swoje matrymonialne plany. Niestety. Podpisano pokój w Villafranca i hrabia wrócił do narzeczonej. Sprawa ślubu odżyła. By skłonić jego rodziców do udzielenia zgody, panna Ruef porzuciła w Augsburgu protestantyzmu i przeszła na katolicyzm.

Gdy rodzice nadal odmawiali, młody hrabia Gustaw Choryński ponownie porzucił służbę w armii austriackiej. Wstąpił do nowotworzonej armii papieskiej i doczekał się tu nawet awansu na kapitana. W końcu dopiął swego. W lipcu rodzice zgodzili się na ślub i hrabia niezwłocznie powiadomił o tym narzeczoną. Kilka dni później, w Foligno, na terenie państwa kościelnego, para stanęła przed ołtarzem.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze