Łowcy duchów wierzą w takie opowieści, często odwołujące się do mrocznej historii danego miejsca, w którym ponoć straszy. Chętnie też sprawdzają to na własnej skórze. Takich miejsc nie brakuje także w Wielkopolsce.

 

Być może duch z Rąbinia i zjawa fundatorki organów z poznańskiej fary na dobre opuszczą kościelne mury, tak jak duch kawalera maltańskiego, który nawiedzał Bazylikę Archikatedralną p.w. Świętych Apostołów Piotra i Pawła na Ostrowie Tumskim. Zjawa, zmarłego w 1543 roku Wawrzyńca Powodowskiego (kawalera maltańskiego), miała się tam ukazywać pomiędzy 1543 a 1544 rokiem. Mężczyzna został pochowany w obecnej kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Stanisława Kostki. Wspominał o tym Edward Raczyński we „Wspomnieniach Wielkopolskich”:

Po śmierci przez rok cały (dziwny pobożnymi i tajemniczymi zjawieniami) z grobu wychodził i podczas mszy uroczystych śpiewanych u wielkiego ołtarza, z dobytym mieczem podczas ewangelii świętej, między stallami prałatów i kanoników a stallami niższego duchowieństwa widocznie stawał. Zaś po ukończeniu mszy – niknął.

Dlaczego duch Wawrzyńca Powodowskiego przez rok nie zaznał spokoju? Była to ponoć pokuta, ponieważ za życia zaniedbywał obowiązki religijne i podawał się za komandora, którym w istocie nie był.

Na jednym z filarów katedry znajduje się tablica, gdzie napisano: „25 kwietnia 1544 roku po odprawieniu specjalnego nabożeństwa duch Wawrzyńca zniknął i już więcej się nie pojawił”.

 

***

 

Z duchem sami poradzili sobie bernardyni, sprowadzeni do Poznania w 1456 roku. Braciszkowie prowadzili kronikę, w której zapisali, że niepokoi ich dziwne zjawisko. Według nich diabeł, któremu było nie w smak, że pojawili się w Poznaniu, starał się ich wygnać. Przebierał się za zakonnika i straszył nowicjuszy, mając nadzieję, że w ten sposób wykurzy ich z klasztoru. Potem zaczął straszyć niewiasty, które prały w rzece. Ponoć zachowywał się bardzo lubieżnie, obnażał się i zachęcał do nierządu. Braciszkowie postanowili rozprawić się ze zjawą. Zasadzili się na niego, chcąc go złapać, ale on ich przechytrzył – przybrał postać osła, wskoczył do Warty i słuch wszelki po nim zaginął.

Bernardyni mieli spokój aż do 1610 roku, kiedy to w kościele pochowano pewnego szlachcica. Od tego czasu w kościele pojawiał się duch zmarłego z włócznią w dłoni i na koniu. Najczęściej wtedy, kiedy zakonnicy byli zatopieni w modlitwie. Braciszkowie tym razem długo nie czekali na rozwój wydarzeń. Pozbyli się zwłok szlachcica z kościelnego grobu… Pomysł okazał się skuteczny.

 

Agnieszka Kozak

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze