Dochodziła godzina 22 i Makowscy powinni zamknąć już aptekę, jedyną w niewielkim miasteczku nad naszym Bałtykiem, jednak wewnątrz pomieszczenia było jeszcze kilkunastu klientów. Oczywiście nie śmieli ich wyprosić, tym bardziej, że każdy z nich robił większe zakupy. Im większy utarg, tym większe zyski z prowadzonego interesu. Ostatnio nie mieli powodów do narzekań. Sierpień nad Bałtykiem był kapryśny, ale taka już uroda naszego Wybrzeża. Do południa świeci słońce, potem niespodziewane ochłodzenie, wiatr, zacinający deszcz. Nic dziwnego, że wszelkiego rodzaju specyfiki na katar i przeziębienie mają przy takiej aurze spore wzięcie.

Tamtego wieczora ostatniego klienta, jak wynikało z wydruków kasy fiskalnej, obsłużyli o godzinie 22.35. Pół godziny zajęło im uporządkowanie dokumentacji i uzupełnienie towarów na półkach. Do sypialni, znajdującej się na piętrze nad apteką, dotarli dobrze po północy. Obydwoje byli zmęczeni po kilkunastu godzinach pracy spędzonych na stojąco, z krótkimi przerwami na jedzenie i odpoczynek. Wydawało się, że błyskawicznie zmorzy ich sen. Nic z tego!

Księżyc był w pełni, nie mogłam zasnąć – relacjonowała Aldona Makowska, która siedziała przed komisarzem Zacharskim, szefem lokalnej dochodzeniówki. – Zresztą to nie był pierwszy raz. Kilka razy brałam jakieś tabletki, regularnie piję melisę, ale niestety to nic nie pomaga. Przewracałam się z boku na bok, liczyłam barany, ale sen nie przychodził…

– Rozumiem pani problemy, ale nie to jest najważniejsze. Proszę ze szczegółami opowiedzieć o tym, co się stało z pani mężem.

– Przepraszam, panie komisarzu, ale to, że nie spałam, wydawało mi się też istotne. No więc w pewnym momencie usłyszałam jakieś odgłosy z suteryny, do której można dostać się nie tylko z mieszkania, ale również z garażu. Obudziłam męża, bo przestraszyłam się, że to jacyś złodzieje. Mąż wziął broń z sejfu…

– A miał w ogóle pozwolenie na jej posiadanie? – zapytał zaskoczony komisarz.

– Oczywiście. Przed kilkoma laty, po drugiej próbie nocnego włamania, udało mu się zdobyć niezbędne dokumenty. Ludzie myślą, że farmaceuci zarabiają wielkie pieniądze i trzymają je w domu, a to oczywiście nieprawda…

– I co było dalej, pani Aldono? – dociekał Zacharski.

– Andrzej, to znaczy mój mąż, ubrał się w jakiś dres, ja narzuciłam na koszulę nocną biały fartuch, w którym na co dzień pracuję w aptece. Andrzej dał mi pistolet, żebym się pewniej czuła, sam wziął do ręki latarkę i zeszliśmy po schodach na dół. On szedł przodem, ja za nim. Do suteryny prowadzą wąskie, kręte schody. Zawsze mnie denerwowały, bo zostały fatalnie zaprojektowane. Na zakręcie potknęłam się i nieszczęśliwie pociągnęłam za spust pistoletu, który trzymałam w kieszeni fartucha. Kula trafiła męża w plecy.

– Mówi pani, że wystrzelił w kieszeni? – upewnił się policjant.

– Tak, w kieszeni – przytaknęła kobieta. – Huk musiał spłoszyć włamywacza, zresztą nie zaprzątałam sobie tym głowy. Zajęłam się mężem, który upadł na schody. Takie nieszczęście. I jak ja sobie dam teraz bez niego radę! Zabiłam własnego męża. I po co brałam do ręki ten pistolet? Nie chciałam, ale Andrzej mi kazał. Gdybym go nie posłuchała, pewnie by żył…

Kilka godzin później komisarz dostał pierwsze wyniki ekspertyz z miejsca dramatu, który rozegrał się na schodach w mieszkaniu Makowskich. W kieszeni fartucha pani Makowskiej ujawniono ślady prochu. Takie same ślady prochu, pochodzące z tej samej broni, były także na dresie jej męża w miejscu, gdzie przeszła kula powodująca jego śmierć.

Zacharski aż podskoczył na krzesełku. Chwilę później zadzwonił do swoich podwładnych. – Chłopaki, jedźcie zatrzymać Aldonę Makowską – zarządził. – To na pewno nie był nieszczęśliwy wypadek. Myślę, że nie będę miał problemów z przekonaniem prokuratora, że to było ewidentne zabójstwo, na szczęście dla nas, sfingowane w bardzo nieudolny sposób.

Na jakiej podstawie komisarz Zacharski nabrał przekonania, że śmierć Andrzeja Makowskiego była wynikiem zabójstwa, a nie nieszczęśliwego wypadku?

Rozwiązane zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze